A jak Amadou & Mariam, Arve Henriksen, Aidan Baker & Tim Hecker (REKOLEKCJE, cz. 1)

Festiwal spóźnień trwa. Ale proszę zauważyć, że wyrobiłem się w obiecanym tygodniu. Wprawdzie tylko z jednym odcinkiem, ale dla mnie to zawsze coś. Jak dobrze pójdzie, do nowego roku uda mi się uporać z zaległościami. Aha, bardzo ważna informacja: to nie jest podsumowanie roku. Podsumowanie znajdzie się na tych stronach 1 stycznia i ani dnia wcześniej.😉

Ja wiem, trwa wyścig o to, kto szybciej takie podsumowanie opublikuje. Wiem, bo sam uczestniczę w takich plebiscytach i cieszę się, że są i że są robione coraz poważniej. Ale zbieranie całej wiedzy o roku pod koniec listopada to oczywiście nie jest pomysł idealny. Moje typy można znaleźć (podane na różne sposoby i wymieszane z typami innych dziennikarzy) w „Przekroju”, a poza tym gościnnie w „Dzienniku” (który robi swoje podsumowanie ponad podziałami)  i – niebawem – na stronach Polskiego Radia. Ale tutaj będę miał miejsce na podsumowanie roku po wysłuchaniu wszystkich płyt, które do mnie dotarły już w grudniu. A część jeszcze jedzie…

To, co zaczynam w tej chwili, to uzupełnienie krótkich recenzji płyt, na których umieszczenie na blogu nie miałem wcześniej czasu. Co roku sporządzam długą listę premier, żeby sobie przy okazji przypomnieć, jakie płyty wyszły. No i te minirekolekcje będą realizowane na bazie tej listy. Stąd alfabetyczny układ (tak jest dla mnie najwygodniej). Alfabetyczny w sposób specyficzny, bo sortuję wykonawców według pierwszej litery imienia lub pierwszej litery nazwy. Proszę mnie nie pytać dlaczego. To również kwestia wygody.

ALIENCD81Digipak.ai>>>4<<
AIDAN BAKER & TIM HECKER „Fantasma Parastasie”, Alien8
premiera: październik 2008, źródło: Amazon.com

Kanadyjczyk Tim Hecker to solidna firma. Może nie wszystkie jego płyty mają to coś, co chwyta za gardło, ładunek emocjonalny, świetne budowanie napięcia (choć ostatnia „Harmony In Ultraviolet” miała), ale zawsze tworzy swoje hałaśliwe tekstury dźwiekowe w charakterystyczny sposób – ze zniekształceniami, które odpowiadają z grubsza nienachalnie stosowanemu efektowi rastra w sztukach wizualnych. Kanadyjczyk Aidan Baker (Nadja) to również solidna firma, choć występuje w nieco innej dyscyplinie albo raczej do tych samych pozycji dochodzi z zupełnie innej strony – rockowej, metalowej, gitarowej w każdym razie. Nie należy się więc dziwić, że ich wspólny kanadyjsko-kanadyjski projekt najłatwiej ocenić jako „solidny”. Czy fakt, że dostajemy dokładnie to, czego się spodziewamy, ma być w tym wypadku wadą czy zaletą? Nie wiem. Mogę tylko powiedzieć, że milej mi się tego słucha za każdym kolejnym razem, pod warunkiem, że mogę słuchać odpowiednio głośno, by przedrzeć się przez monolityczną ścianę dźwięku (produkowaną, jak sądzę, przez Heckera) na szemrzący niespokojnie dźwiękowy drugi plan (za który odpowiada, jak sądzę, Baker). Bardzo ciekawy jest rozkład znaczników na tej płycie. Składa się ona mianowicie z 66 tracków od kilkunastu do kilkudziesięciu sekund. Te jednak, słuchane bez przerw, układają się w zupełnie normalne kompozycje trwające od 3 do 7 minut. Następnym razem może 666 kilkusekundowych tracków?
A tak w ogóle to oczywiście wskazany jest ten następny raz.

amadoumariam_welcome>>>>5<
AMADOU & MARIAM „Welcome To Mali”, Because

premiera: listopad 2008, źrodło: Amazon.com

Malijski duet mocno się zmienia w stosunku do albumu „Dimanche a Bamako” nagranego pod skrzydłami Manu Chao. Silne nawiązania do afro beatu, w ogóle potężniejsza warstwa rytmiczna, efekty wokalne, więcej gitarowego funku – to wszystko odróżnia album „Welcome To Mali” od poprzedniego. W dalszym ciągu urokliwym aspektem działań małżenstwa niewidomych muzyków z Bamako jest to, w jaki sposób komunikują światu swoje teksty – prostym francuskim, który, choć złamany afrykańskim akcentem, mógłby znakomicie służyć do nauki języka. Są tu jednak piosenki śpiewane po angielsku i w popularnym w ich kraju języku bambara. Mamy sporo śladów tradycyjnych instrumentów, choć Amadou gra na fenderze telecasterze, jak przystało na bluesmana, a całość ma zarazem szlif bardzo, bardzo popowy. Powtarzam: bardzo popowy. Na wypadek, gdyby ktoś szukał albumu z muzyką alternatywną albo korzennym folklorem malijskim. W składzie znajdziemy różne gwiazdy miejscowe i zamiejscowe. Pojawia się tu somalijski raper K’Naan, Nigeryjczyk Keziah Jones oraz grający na korze wirtuoz Toumani Diabaté i Damon Albarn. Ten ostatni nie robił wiele koło „Welcome To Mali”. Jego wpływ nie wydaje się decydujący w żadnym aspekcie płyty. Trzeba mu jednak przyznać: znów maczał palce w jednej z najlepszych rozrywkowych płyt roku. Może to szczęście, a może szósty zmysł.

Arve Henriksen - Cartography

>>3<<<
ARVE HENRIKSEN „Cartography”, ECM

premiera: październik 2008, źródło: Amazon.com

Nie mogę się powstrzymać od małej wycieczki. Marcin Kydryński sugerował ostatnio, że Chris Botti jest najwybitniejszym żyjącym trębaczem. Wiem, to czepialstwo z mojej strony, bo Kydryński swoje słowa opublikował nie w „Jazz Forum”, tylko w magazynie typu people. Ale zapomnieć w tym kontekście o Wyntonie Marsalisie i Chucku Mangione to lekka przesada. Zapomnieć o Billu Dixonie i Robie Mazurku to lekki wstyd, ale zrozumiały, bo to za poważna półka, żeby w ogóle wymieniać ich jednym tchem z jakimś Bottim. Zapomnieć o Tomaszu Stańko to już lekki obciach. Tym bardziej, że na pewno gorzej od Bottiego, ale jeszcze całkiem dobrze się sprzedaje. Powiem więcej: w porządnym zestawieniu improwizujących trębaczy Botti nie znalazłby się nawet w pierwszej dziesiątce. Miałbym typy dwóch kolejnych lepszych od niego Polaków, jednego Francuza i jeszcze paru muzyków różnych narodowości, z uwzględnieniem norweskiego trębacza Arve Henriksena.
Ten ostatni właśnie wydał nową płytę – tym razem dla monachijskiego ECM-u, co napełnia mnie lekkim drżeniem, bo Rune Grammofon, dla której nagrywał wcześniej to był taki „anty-ECM” w pewnym sensie i fakt transferu budzi podejrzenia:
1. że Rune już tak bardzo zbliżyło się do gładkiej i monumentalnej estetyki ECM (z całym szacunkiem), że różnica przestaje być słyszalna;
2. że ECM wyciągnie wszystkich najlepszych muzyków ze stajni Rune i przemieli ich po swojemu, pozbawiając kapitalnych okładek Kim Hiorthøy i niepokojących dronów Helge Stena w tle.
W porównaniu z „Chiaroscuro”, najlepszą płytą Henriksena, ten nowy album to cienizna. Echo Garbarka krąży nad nią jak sęp nad padliną. A wokoło podobna muzyczna pustka. Czytaj: nuda. Ciągle jeszcze o kilkaset metrów nad poziomem Bottiego, ale jakby bliżej. Niejaki Jan Bang zastąpił Helge Stena w roli twórcy „podkładów” i odebrał im głębię, dosładzając i dokładając etnicznego wymiaru, który zgrzyta tu jak piasek (po wizycie na tamtej pustyni) między zębami. Nie pomaga Stale Storløkken (kolega Henriksena z Supersilent) ani nawet David Sylvian w gościnnej roli autora poezji i jej lektora (panowie się poznali, współpracując wcześniej z Fenneszem). Ciekaw jestem, jakie będą kolejne efekty połknięcia Henriksena przez ECM. I boję się tego sępa.

„A” w tym roku odpowiadało także takim wykonawcom jak Atlas Sound, Autechre i Alva Noto. Ale o nich już pisałem w tym blogu i możecie z tego wpisu przeskoczyć do tamtych recenzji.

7 responses to “A jak Amadou & Mariam, Arve Henriksen, Aidan Baker & Tim Hecker (REKOLEKCJE, cz. 1)

  1. zamierzasz przelecieć każdą literę w alfabecie? jesteśmy z tobą!! o_O

  2. Przelecieć każdą literę? Brzmi to dość poważnie, ale co tam. Póki sił starcza, że tak powiem…😉

  3. no tak, niebezpieczny ten zwrot😉

  4. O, jak miło, że ktoś zauważył, że Cartography, to się raczej Catastrophe nazywać powinno. W głowie się nie mieści, że facet co wyczyniał takie cuda w Food, albo z Isungsetem, odstawił tak mocno odpustową płytę, do puszczania w pustych kościołach.

    Pytanie dodatkowe – Toshinori Kondo się łapie do dziesiątki?:)

  5. Marceli –> Zgadzam się. Ale co do Toshinori Kondo, to nawet nie wiem (wstyd się przyznać), o jaką płytę chodzi…

  6. Chodziło mi o to, czy łapie się do 10 trębaczy lepszych_niż_Botti:) Do 10 płytowej pewnie nie, bo nic w tym roku nie nagrał

  7. Marceli –> Może i tak – ale to pogranicze jazzu (w sensie kombinowania ze specami od elektroniki), więc nawet o nim nie myślałem. Molvaer za to na pewno. Chyba muszę rzeczywiście popracować nad takim prywatnym zestawieniem😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s