Piwo, frytki i The Flaming Lips

Przywieźliśmy jako łupy z wyprawy dwie paczki gofrów i sześciopak piwa Leffe.

W tym miejscu mógłbym urządzić mały konkurs na nazwę festiwalu, który odwiedziliśmy z żoną tego lata. Ale po co, skoro wszyscy zainteresowani i tak pewnie dawno już wiedzą. No bo gdzie indziej można było tego lata nadrobić niewidziane gwiazdy Off Festivalu, Nowej Muzyki i Open’era (no, powiedzmy, że w niewielkim stopniu), jeśli nie na Pukkelpopie?

Nigdy tu wcześniej nie byliśmy i muszę powiedzieć, że wrażenia są wyjątkowe. Po pierwsze, wyobraźcie sobie małe belgijskie miasteczko, w środku którego (wcale nie żartuję) od 23 lat odbywa się wielka impreza z muzyką alternatywną i wyrasta (również praktycznie w środku miasta) pole namiotowe na kilkadziesiąt tysięcy osób. I nie tylko nikt nie protestuje, ale jeszcze młodsze i starsze (piwo na jednym ze stanowisk nalewał nam 70-latek, frytki z majonezem podawała pani w wieku babci festiwalowiczów, a parkingu pilnował między innymi facet powyżej 60-tki) osoby z okolicy zaangażowane są w pracę nad imprezą. Po drugie, koncerty zaczynają się tu koło południa i kończą o 2.00 (co jest błogosławieństwem dla starych pryków takich jak ja). Po trzecie, pole namiotowe ma zadeklarowaną ciszę nocną od 2.00 (co jest błogosławieństwem…. i tak dalej).

Deklaracje okazały się niestety tylko deklaracjami, ale i tak było fajnie.

Pukkelpop ma długą tradycję i narodził się w Hasselt jako impreza związana najpierw z belgijską sceną New Beat i nowofalową, a potem prezentująca niezależny rock ze Stanów (Sonic Youth, Dinosaur Jr. i okolice). Od czasu do czasu przemykają więc przez teren festiwalu siwowłosi załoganci zainteresowani intelektualnym graniem gitarowym, co nie zmienia faktu, że gros publiczności to młodzież w okolicach lat 16, słowem: ludzie, którzy – bez obrazy – u nas jeżdżą jeszcze najczęściej na Przystanek Woodstock. Headlinerzy są bezpieczni i zapewniają wielotysięczną publiczność: Metallica, The Killers, Roisin Murphy, Sigur Rós, Editors, Bloc Party i Within Temptation. No ale nie przyjechaliśmy tu sprawdzać, ile włosów zostało Jamesowi Hetfieldowi ani posłuchać piosenki z reklamy Nike’ów, zatem zostawmy większość z powyższych w spokoju. Cały skład możecie sobie sprawdzić tutaj. Zastrzegam, że jako młodzi rodzice (w tym akurat jestem młody, przyznaję) oddaleni o 1250 km od swojej pociechy wybraliśmy wariant maksymalnych wrażeń w minimalnym czasie, więc na festiwalu byliśmy dwa dni i nie zobaczyliśmy wielu tak ciekawych artystów, że aż wstyd się przyznać, zresztą pewnie i tak sobie sprawdzicie pod powyższym linkiem i będziecie się nade mną pastwić. No ale uczciwość przede wszystkim. Nie będę ściemniał. Jechałem i tak przede wszystkim na wykonawców z pierwszego dnia imprezy: The Flaming Lips i Iron & Wine. I w sumie, jeśli mam być szczery, mógłbym te kilometry przejechać tylko dla nich. Reszta w tej sytuacji jest po prostu ciekawym bonusem, zatem nie należy czegokolwiek żałować, tylko cieszyć się z szansy zobaczenia jeszcze jednego dobrego festiwalu chociaż we fragmentach. I o tych fragmentach w kolejnym wpisie, bo długie wpisy mają to do siebie, że nikt ich nie chce czytać, a pisać to już tym bardziej…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s