Letnie festiwale, czyli polowanie na lisy

Fleet Foxes
Fleet Foxes”
Sub Pop 2008
>>>>>6

Bon Iver
For Emma, Forever Ago”
Wyd. Własne 2007/Jagjaguwar 2008
>>>>5<

Jest taka sprawa, że nie byłem w tym roku na żadnym festiwalu (co nie zdarzyło mi się od dziewięciu lat), ba, koncertów obejrzałem ledwie kilka, więc mam tragiczne poczucie oderwania od tego, co się dzieje w granej na żywo muzyce. Nie zmieni tego jakiś jeden Lou Reed. Nawet cały The Velvet Underground by tego nie zmienił, prawdę mówiąc.
Stąd pomysł, by jechać na taki festiwal, gdzie Menomena i Caribou grają poranki, a całość wypełnia taka stawka, że można się wypaść na muzyce na długie jesienne miesiące. Tym razem poszukiwania upływały pod znakiem konkretnych ważnych dla mnie wykonawców, którzy podróżują latem po Europie i których chciałem zobaczyć.
Szukałem więc Iron & Wine, którego koncert na Offie się wyprzedał – ku memu zdumieniu i rozpaczy. Szukałem My Bloody Valentine, który koncertuje po wielu latach i może to jedyna szansa – choć z drugiej strony podobno to jeszcze nie jest to, co za najlepszych czasów. Rozglądałem się za The Flaming Lips, których dwa koncerty promujące „The Soft Bulletin” należały do najlepszych, jakie widziałem w życiu. A wreszcie poszukiwałem koncertów Fleet Foxes.

Udało się w końcu znaleźć numery jeden i trzy z tej krótkiej listy na jednej imprezie (Której? Spokojnie, wcześniej czy później to wyjdzie), tych ostatnich trafiłem tylko na imprezach, na które z różnych względów wybrać się nie mogę (Jakieś relacje może? Ktoś był? Widział?). Ale jęk zawodu mojej żony, gdy powiedziałem jej, że festiwal, na który ostatecznie się wybierzemy, nie ma w programie Fleet Foxes – to mówi samo za siebie. Nie dość, że ja się załapałem na szaleństwo wokół grupy ze Seattle, to jeszcze i ją w to wciągnąłem. A zaczynało się niepozornie.

Kiedy czytałem o tym, jakie dobre to FF na Pitchforku, to myślałem od razu o tych wszystkich przehajpowanych zespołach, które ten serwis promuje co tydzień, z zasadami podobnymi do „NME”. Czyli: nie ukazało się wprawdzie nic ciekawego, ale my musimy ogłosić nową rewolucję, jak co tydzień. I EP-ki „Sun Giant” słuchałem z odpowiednią rezerwą, czego dowody – gdyby ktoś nie pamiętał – można znaleźć tutaj. Potem powoli zacząłem się do tego przekonywać, a długogrający album gra u mnie wystarczająco długo, żebym się zadłużył emocjonalnie u FF, a nawet zadurzył w pewnym sensie. To, co mogło się na pierwszy rzut ucha wydawać barokową pretensją, jest kapitalnie napisanym zestawem kompozycji na głos i gitarę. Tu nie należy się dać zwieść pozorom, bo chociaż odrealnione chórki to jeden z bardziej rozpoznawalnych składników debiutu FF, to każdy utwór dałoby się (nieco podobnie jak u Iron & Wine) wykonać na głos i gitarę przy ognisku.

Kompletnie dałem się wciągnąć w FF dzięki wokalom Robina Pecknolda, pozornie bliskim Band of Horses (dość łatwe skojarzenie zważywszy na nazwę wydawcy), w gruncie rzeczy dużo bardziej rozbudowanym, ale też kompletnie niedzisiejszym, przywodzącym na myśl lata 60. Sporo tu świetnych fragmentów, gdzie Pecknold zostaje sam ze swoim głosem. A przede wszystkim płyta odchodzi w najlepszym momencie, zostawiając mocny niedosyt. W odniesieniu do moich gdybań sprzed wielu tygodni – dziś wiem tyle, że Joanną Newsom roku 2008 są Fleet Foxes. I chyba tylko nowa płyta Joanny mogłaby tę sytuację zmienić.

Nieco podobnie było z Bon Iver. Tu zaliczyłem nawet większe jeszcze początkowe odrzucenie. Zresztą i płyta chwilami podobna – wycofana, staroświecka i czerpiąca z folku, może bardziej melancholijna (FF ze swoją kolorową melodyką bywa pogodne), w większości utworów nie ma perkusji, a jeśli jest, stosowana bywa bardzo oszczędnie, sam bęben taktowy tworzy warstwę rytmiczna. Kiedy wchodzą inne instrumenty, bywa blisko najlepszych momentów Calexico. Co prawda to, co miałem do powiedzenia na temat tej płyty, opisałem już na łamach „Przekroju”, ale chętnie powtórzę tutaj: to płyta tak subtelna, że kompletnie niezauważalna. Trzeba się pochylić, żeby docenić kompozycje Justina Vernona, kompletnie – dokładnie jak u FF – niedzisiejsze. A może to idzie cała nowa generacja, której wierzchołek widzimy już dziś?

Multimedia

„White Winter Hymnal” Fleet Foxes do posłuchania na stronie Sub Pop.
„Skinny Love” Bon Iver do posłuchania na stronie Bon Iver.

10 responses to “Letnie festiwale, czyli polowanie na lisy

  1. a mi chyba fleet foxes sie juz znudzili…

  2. Flaming Lips mogą się pojawić na Open’er Festiwal 2009.Trzymam kciuki (jak nie Radiohead to „chociaż” oni🙂 )

  3. To byłby najlepszy rozwój Open’era, jaki mogę sobie wyobrazić…
    Co do Radiohead, to nie wierzę, by koncertowali w przyszłym roku po tej „wyczerpującej” trasie w 2008😉

  4. Tak,wydaje mi się że RH zrobią sobie przerwę na rok od koncertowania,a co do kierunku Open’era to jeżeli wcześniej przyjechali Sonic Youth to czemu nie mają przyjechać The Flaming Lips?Szczerze mówiąc TFL są na 1 miejscu mojej „koncertowej listy życzeń”.Pozdrawiam

  5. @Fleet Foxes: Jakieś relacje może? Ktoś był? Widział?

    uswiadczylem na pitchforkowym pikniku jakies 2tygodnie temu. piosenkowo to najlepszy koncert festiwalu byl. zwarci kolesie sa jak za ciasne majty na przyduzej pupie, lapia te choralne unisono ot tak po prostu, a przy tym stracha mieli takiego na scenie, ze az sie dziwilem – but seriously? apropos ich debiutu to uwielbiam white winter hymnal alr najmocniej to zabrzmial oliver james – robin w pojedynke z wysluzonym akustykiem i poteznym wokalem. wow!

    @Bon Iver

    koles odgrywa plyte from top to the bottom, czasem sie odezwie, a od niedawna urozmaica calosc coverem ktory mozna obejrzec tu: http://www.youtube.com/watch?v=iQjQZSl4_ps

  6. Ha, czekałem co Pan napisze o Fleet Foxes, pamietając o Pana zamiłowaniu do americany i innych około folkowych smaków z USA. Dla mnie jest to płyta roku jak na razie(no może obok jeszcze takiej jednej innej). Po zamęczeniu najbardziej chwytliwych kawałków odkryłem piekno w pozostałych. Nie ma wypełniaczy, album perfekcyjnie wymyślony.

  7. widzialem ivera na primaverze. to byl najlepszy najbardziej wzruszajacy wystep na tym festiwalu w mojej opini. jego debiut to geniusz.. jestem zasypany plytami , czasem bardzo dobrymi ale jakby nigdy nic slucham wciaz „for emma …”
    myslalem ze podobnie bede mial z fleet foxes i chociaz to bardzo fajna plyta nie wracam do niej czesto. tym nie mniej mam ochote zobaczyc ich na zywo;)
    pozdrawiam i zaluje ze nie bylo cie na ironach podczas offu!
    kiedy Sam wszedl do kosciola i zobaczyl maly herb miasta na scianie jego koledzy zgodnie stwierdzilie ..”Sam on wyglada jak ty” .. wiec kiedy zrobilem mu ta koszulke tym bardziej sie w tym utwierdzil;)
    http://muzyka.onet.pl/10173,61953,0,1,1,galerie.html

  8. Ja też bardzo żałuję. Ale po prostu spóźniłem się na bilety.
    Wszystko już jednak nadrobione i chociaż musiałem przejechać 1200 kilometrów, właśnie jestem po koncercie Iron & Wine, dość, muszę przyznać, zaskakującym jak na to, co można usłyszeć na płytach I&W🙂
    Szczegóły wkrótce.

  9. Pingback: B jak Barbara Morgenstern, Beck, Bill Dixon, The Black Keys, Brian Wilson i The Bug (REKOLEKCJE, cz. 2) « CHACIŃSKI

  10. Nie zastanawiałem się jakoś nad znaczeniem nazwy i odpowiedź sama przyszła: pod koniec jednego z odcinków Przystanku Alaska, gdy spada pierwszy śnieg, mieszkańcy Cicely wychodzą na ulicę, by życzyć sobie „Bon Iver”, dobrej zimy (choć podobno jest tu jakaś zamierzona literówka).

    W większości miast Polski też niedawno spadł po raz pierwszy, więc: Bon Iver!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s