Lou Reed i jego „The Wall”

Moja znajoma miała na sobie bluzę z napisem Berlin, ale czy płyta „Berlin” ma tak naprawdę coś wspólnego z Berlinem? Nie jestem dużo bliższy jednoznacznej odpowiedzi po wczorajszym specjalnym koncercie Lou Reeda. Pewnie niewiele poza jakąś ogólną atmosferą, którą starał się na swoim albumie z 1973 roku oddać Reed, ale też chyba nie to jest najważniejsze. Z czterdziestu paru osób (w tym chór żeński plus kameralny skład londyńskiej Metropolitan Orchestra) na scenie w czasie występu Lou Reed’s Berlin też chyba nikt nie pochodził z Berlina, ale może chociaż na widowni w pustawej nieco Sali Kongresowej?

O wyłączenie telefonów komórkowych i nierobienie zdjęć z lampą błyskową poprosił sam Hal Willner (jakby nie było gwiazda numer dwa wieczoru), legendarny aranżer i producent, który wyszedł na moment zapowiedzieć zespół w garniturze i trampkach, no i z roztargnionym spojrzeniem sygnalizującym być może pierwszy kontakt z napojami wyskokowymi tubylców. Gwiazdą numer trzy była zapewne Emmanuelle Seigner, która występowała w ujęciach filmowych towarzyszących występowi (cały film ukaże się na DVD jesienią) i wyświetlanych na ekranie z tyłu sceny. Numer jeden wyszedł w czerwonym tiszercie. Chudy, drobny, żylasty, z fryzurą a la film „Brooklyn Boogie” i w prawie tak dziwnych okularach. Starszy pan z przedziwnym poczuciem humoru, które kazało mu zacząć koncert tak, jakby to był kabaret, chociaż historia przecież rozdzierająco smutna. Co sobie myślał, nie wiadomo, bo poza tekstami z płyty nie wypowiedział ani jednego słowa do końca podstawowej części koncertu (a tym pierwszym słowem, czego nietrudno się było domyślić, było „dziekuja”). Zagrali zresztą zgodnie z przewidywaniami cały album dokładnie w kolejności z płyty, jeśli nie liczyć małego wstępu z fragmentu „Sad Song” śpiewanego przez chór na samym wstępie. Za to wersje poszczególnych utworów odbiegały już od materiału studyjnego zdecydowanie. Długie, kilkuminutowe sola z kapitalnymi (tu się różnimy opiniami z red. H.) popisami Steve’a Huntera, oryginalnego gitarzysty ze składu nagrywającego płytę „Berlin” 35 lat temu, którego osoba jest najlepszym dowodem na to, że człowiek uczy się całe życie. Z najlepszymi momentami w postaci – oczywiście – najbardziej wyczekiwanych przez publiczność dwóch części „Caroline Says”, no i „Sad Song”, a także „Lady Day”. W ogóle wolałbym teraz posłuchać tego nowego koncertowego wykonania „Berlin”, pewnie również za sprawą pracy, jakie włożył w nią Willner, niż sięgać znowu po oryginał. Ta płyta ciągle nie jest moją ulubioną w dorobku Reeda, ciągle trochę kojarzy się z późniejszymi konceptami w stylu „The Wall” (tyle że Reed zrobił to wcześniej, bardziej kameralnie i bardziej rockandrollowo), ale jednak po latach zyskuje w tej wersji bardzo dużo, co omówiliśmy w przerwie przed bisami z red. Sz. Przerwie tak długiej, że część zmęczonych siedzeniami w Kongresowej słuchaczy już sobie wyszła. Ale techniczni tak pieczołowicie ustawiali sprzęt, że coś jeszcze musiało nastąpić.

Trzy bisy ucieszyły tych, którzy kochają Reeda, ale już nie do końca płytę „Berlin”. Zespół zagrał „Satellite of Love” z dość kuriozalną partią wokalną Fernando Saundersa (basista i gitarzysta), potem „Rock and Roll”, a wreszcie „Power of the Heart” i kiedy wydawało się, że nie powinno się zakończyć tak delikatnie, bez przytupu i fanfar orkiestry, spokojnie zeszli ze sceny. Dobry koncert wybitnego faceta. Mam nadzieję, że byliście i bawiliście się przynajmniej tak dobrze jak ja (jeśli tak, to dajcie znać poniżej), wyposzczony ostatnio koncertami człowiek, który na efekty wykorzystane w „The Kids” nie może reagować inaczej jak z gęsią skórką, a cała historia Caroline też przyprawia go o grubsze niż dotychczas emocje.

Lou Reed’s Berlin, 14.07 Warszawa, Sala Kongresowa

3 responses to “Lou Reed i jego „The Wall”

  1. nie będę ukrywać, ze troszkę zazdroszczę Panu tego koncertu😉

    to nie fair! dlaczego musiał to być poniedziałek?

  2. moze nie na temat, ale polecam… atak smiechu gwarantowany:
    http://sara-may.blog.onet.pl/2,ID329543026,index.html

  3. witam, nie obrazilbym sie za recenzje nowej plyty najbardziej niedocenionego zespolu w polsce, mianowicie – the raveonettes „lust,lust,lust”. pozdrawiam

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s