SIGUR RÓS I INNI (krótkie piłki 5)

SIGUR RÓS
„Með suð í eyrum við spilum endalaust”
EMI 2008
>>>4<<

Zatrudnili orkiestrę, ale jednocześnie spuścili trochę powietrza ze swojej muzyki. I bardzo dobrze. Z takim językiem (chociaż jest tu jeden kawałek po angielsku), sposobem śpiewania i komponowania Sigur Rós nie zaskoczą już nigdy na całej linii, rewolucji nie zrobią, ale tutaj zrobili tyle, ile mogli. Może to, co napisałem, nie brzmi jeszcze zbyt zachęcająco, lecz znajdziemy tu kilka zgrabnych piosenkowych momentów (specyficzne jednak rozumiem tu słowo „piosenka” – proszę posłuchać „Illgresi”), ale jak zwykle w wypadku postrockowych płyt ciężar spoczywa tu na crescendo i stopniowym zagęszczaniu partii poszczególnych instrumentów – zaczynamy na solowym idyllicznym wokalu, a kończymy na dwóch orkiestrach z gongami i tupiącymi stadami żyraf. „Festival”, a przede wszystkim „Ara batur” robią więc wrażenie, i to mimo czytelności patentu, jaki zespół stosuje od lat. Wszystko to właśnie dlatego, że ogólnie jest pogodniej, a to rzecz bezcenna, bo postrock żyje z tematów opętańczo smutnych, a w obrębie tej stylistyki SR byli dotąd niczym wytrawni psychiatrzy – żerowali tylko na krańcowych stadiach depresji. Solidna płyta.

◊◊◊

MARTHA WAINWRIGHT
„I Know You’re Married
But I’ve Got My Feelings Too”
Zoe Records 2008

>>3<<<


Wiem, że się starała, ale ja też mam swoje odczucia. Kilka dobrych piosenek, kilka kompletnie puszczonych plus 2-3 momenty, kiedy chwytam się za głowę i zastanawiam, gdzie się podział ten oszczędny, ale charakterystyczny styl znany z pierwszej płyty MW. Do tego jeszcze dwa kompletnie niepotrzebne covery: „See Emily Play” Barretta z pierwszej płyty Floydów śpiewany w towarzystwie matki (Kate McGarrigle) i ciotki (Anne McGarrigle), a potem „Love Is a Stranger” Eurythmics. I paru gości o wielkich nazwiskach (Pete Townshend, Donald Fagen), których obecność na tym albumie wydaje się czysto towarzyska i z punktu widzenia zawartości muzycznej jest po prostu niezauważalna. Za bardzo lubię Marthę Wainwright, żeby przełknąć coś takiego bez słowa. Gdybyż jeszcze do kolejnej płyty tej utalentowanej wokalistki i autorki mogła mnie zaprowadzić na skróty funkcja skip, która wytarła mi się po dłuższym obcowaniu z „I Know…”.

◊◊◊


MY MORNING JACKET
„Evil Urges”
Ato Records 2008
>2<<<<

Chyba za mocno wzięli sobie do serca etykietkę „najlepszej koncertowej grupy świata” i postanowili nagrać coś z przeznaczeniem na amerykańskie stadiony. Nie bez sukcesu, jeśli wziąć pod uwagę pięć gwiazdek w „Rolling Stone”, które zaliczyła ta płyta. I w tej dziedzinie mają szansę na hit w postaci „Thank You Too!”. Bliżej muzyki środka drogi, radiostacji amerykańskich, gładsze, chociaż wciąż z pretensjami do Flaming Lips czy Radiohead, choć bliżej Guns’N’Roses (!). Zagubili całkowicie lekkość southern rocka, dobrze dotąd wykorzystywane inspiracje Neilem Youngiem, resztki country wymiotły ohydnie banalne aranże. No, przepraszam, jest trochę country w „Sec Walkin”, ale to takie country spod znaku Kenny Rogersa, jeśli pamiętacie jeszcze takiego. Tak beznadziejnie wykorzystane syntezatory w muzyce rockowej słyszałem ostatnio chyba w latach 80. Czytałem opinie o tym, że przecież w tę stronę zespół szedł już na świetnym „Z” sprzed trzech lat (dzięki któremu ten album zamówiłem sobie nawet bez odsłuchania fragmentów – nie popełniajcie tego błędu!). Owszem, może i tak, ale tam John Leckie zadbał o kapitalny klimat, produkując tamten album. A „Evil Urges” zostało wyprodukowane przez samego Jima Jamesa i – chwilę, sprawdzę, kto to taki – Joe Chiccarellego, gościa, który robił płyty… Kajagoogoo. No, niech mnie. To już wiem, kto był dilerem brzmień syntezatorowych na tej sesji. Najchętniej szybko wyrzuciłbym to z pamięci przez wzgląd na poprzednie płyty chłopaków z Kentucky, ale mało który amerykański zespół byłby w stanie nagrać dziś tak złą płytę nawet gdyby wszedł do studia z takim zamiarem.

◊◊◊


RODRIGO Y GABRIELA
„Rodrigo y Gabriela”
Rubyworks 2006
>>>4<<

Już nigdy nie będę się ślepo zachwycał płytami z wirtuozerią gitarową, już nigdy nie będę słuchał na repeacie coverów Metalliki, już nigdy nie będę szukał w połaczeniu flamenco i rocka czegoś zdatnego do słuchania, już nigdy… No właśnie, mieliście kiedyś takie uczucie, że kurczę, ale to jest banalne, a jednak trudno powiedzieć, że do bani? Oto płyta z wirtuozerią na dwie gitary akustyczne, nagrana przez parę podróżujących po świecie muzyków, którzy zaczynali od przygrywania na skwerach i ulicach. W dodatku banał, bo słychać tu fascynację metalem i mamy – prócz kompozycji RyG – covery Zeppelinów i Metalliki. Ale tym razem sam odrzucam uprzedzenia i wam radzę posłuchać.

11 responses to “SIGUR RÓS I INNI (krótkie piłki 5)

  1. tak, z Marthą to jednak ból straszny, bo jedna z najbardziej wyczekiwanych płyt roku, okazała się być w najlepszym wypadku jedynie poprawna. i to tak trochę poprawna ze względu na nazwisko autorki, która spektakularnym debiutem rozkochała mnie w sobie do granic możliwości.

    staram się z tą płytą zaprzyjaźnić – bo przyjaciół nie zostawia się w biedzie – i nawet dobrze mi to idzie, głos nadal ma ta Pani niezrównany,ale jak nikt nie słyszy, to trochę sobie na nową Marthę narzekam…

    a co do Rodrigo y Gabriela to taaak, płyta bardzo uzależnia, fajnie, że się Pan zdecydował, mimo uprzedzeń, zarekomendować😉

  2. wawrzyniec prusky

    Rodrigo y Gabriela. Ciekawe, bo wpadłem na ich cover Orion przypadkiem kilka dni temu i przykuło moją uwagę. Ale w chwilę później znalazłem płytę „Fade to bluegrass” z coverami Metallicy w wersji bluegrass właśnie i pomimo absurdalności pomysłu nie mogę się oderwać od koleżków wymiatajacych na banjo, dobro czy innym mało szatańskim sprzęcie.

  3. coby nie mówić, to Marcie, za tytuł tej płyty z miejsca się należy plusik wyżej😉

  4. a, tak, tak, tytuł płyty przysłowiowo „wymiata”😉

  5. jak tam nowy nico muhly❤ wg Pana?🙂

    MMY jest straszne, powinni tego zabronić!

    Sigury takie sobie czyt. 1,5,7 reszty nie pamiętam

    RyG serio taaakie fajne?

  6. MMJ – cały diss tego albumu niesamowicie przesadzony

  7. JustynaS – będę bronił RyG, chociaż niemodne okrutnie🙂

    Sivi – Muhly na razie bardzo dobrze, choć to zarazem dziwna płyta.

    Świerk – istotnie świetny tytuł, po takim spodziewałbym się płyty dwa razy lepszej.

    Pszemcio – nie dissuję dla samego dissu. Kupiłem sobie tę płytę i żałuję. I nie mogę uwierzyć, że tak dobry zespół (a w tej kwestii nie zmieniam zdania) wydał tak nieudaną płytę.

    Wawrzyniec – zło jak widać drzemie także w gitarze typu dobro🙂

  8. nie , nie, ja nie mówiłem konkretnie o tym tekscie ale o tendencji: pitchfork, u nas machina, screenagers, no i Pan. z tym że na świecie zdania podzielone – u nas nie czytałem jeszcze dobrego słowa o albumie (chyba ze to co sam naskrobałem:/ )

    z tym brzmieniem, ja od początku mam wrażenie że tak miało byc w założeniu i ani przez moment mi to nie przeszkadzało, jakas tam forma stylizacji co i tak jest niestotne w kontekscie udanych melodii

    nie żebym się czepiał, ale gdy charakteryzuje Pan te beznadziejne syntezatory, to który moment płyty ma pan na myśli?

  9. ja doszłam do wniosku, że braki w edukacji muzycznej nie pozwalają mi się wpełni cieszyć wydwanictwem muhly’ego😦 czytałam opinie, że to płyta roku i w ogóle ochy i achy…a ja biedna tylko the only tune przyswajam, reszta jakaś taka „dziwna”🙄 ale twardo słucham🙂

  10. Pszemcio – „Touch Me I’m Going To Scream”, obie części.

    Sivi – Słuchaj twardo, jak najbardziej, tym bardziej, że milej się słucha za każdym razem.🙂

  11. Pingback: M jak M83, O jak Our Brother The Native i K jak Koniec (REKOLEKCJE, cz. 6) « CHACIŃSKI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s