Pokolenie lat 70. wraca do lat 70.

Pink Freud
PINK FREUD
„Alchemia”
Universal 2008
>>>>5<

Sing Sing Penelope
SING SING PENELOPE
„We Remember Krzeselko”
Electric Eye 2008
>>>4<<

Dwie takie płyty, że ja przepraszam i szybko nadrabiam jedną, a drugą opisuję awansem (wychodzi 8.02). Wiem, nieczęsto decyduję się tak pilnie zrecenzować polskich wykonawców, ale ci tutaj to wciąż szczególne grono – drugie pokolenie yassowców. Ludzie, którzy terminowali u założycieli Miłości, Trytonów czy Łoskotu, a po jakimś czasie to im przyszło liderować scenie poszukującego jazzowego pogranicza. W dodatku reprezentujący dwa najważniejsze yassowe ośrodki: Trójmiasto (Pink Freud) i Bydgoszcz (Sing Sing Penelope). Nic tylko porównywać.
„Alchemia” to koncert z 2006 roku, z klubu, który Ken Vandermark unieśmiertelnił już nie tylko jako ważne miejsce dla polskiego młodego jazzu, ale dla jazzu w ogóle, więc szkoda czasu na zastanawianie się, dlaczego właśnie tam. Uwagę zwraca zresztą coś innego, a raczej ktoś inny – Marcin Masecki, organista i pianista znany z różnych jazzowych składów, który z Pink Freud grywa okazjonalnie. Tutaj pojawił się w całym programie koncertu i nawet w jakimś sensie go zdominował. Na tyle, na ile jego Hammond i Wurlitzer odróżniają utwory PF w tych wykonaniach od znanych wcześniej wersji. Masecki dociążył brzmienie PF, spowodował, że hasło jazz rock czasem wobec nich wysuwane zyskało potwierdzenie. To czasem w równej mierze rock – pod warunkiem, że myślimy o tym z lat 70., zbudowanym właśnie na potężnych brzmieniach analogowych klawiszy. No i Weather Report – mamy tu w końcu jeden ze szlagierów grupy Joe Zawinula „Boogie Woogie Waltz” w wykonaniu całkiem rasowym i bardzo „w klimacie”, jeśli chodzi o lata siedemdziesiąte. Pozostali (szczególnie Kuba Staruszkiewicz na perkusji) też w znakomitej formie, co daje kapitalny moment pomiędzy świeżym i melodyjnym „Sorry Music Polska” a leciutko zmanierowanym, choć też mocnym i wirtuozerskim „Punk Freud”. To synteza obu, a najlepszym tego słowa znaczeniu. Plus organy. Dojrzały album świetnych improwizatorów, a zarazem klika chwytliwych tematów z przeszłości.
Grupa Wojtka Mazolewskiego pokazuje, że w jakimś sensie jest na końcu drogi (nawet jeśli będziemy pamiętali, że to materiał zarejestrowany przed jego ostatnim albumem studyjnym, może nam to przyjść do głowy). Sing Sing Penelope ciągle jest na początku – w tym sensie Pink Freud to grupa jazzowa, a SSP to yass pełną gębą. Dla tych ostatnich bardziej się wciąż liczy poszukiwanie niż znajdywanie. I tych też – w sposób naturalny, jeśli przypomnimy sobie dwie poprzednie płyty – zagnało w lata 70. Kapitalny „James Bond” (numer 2 na płycie) kojarzy się z najlepszymi momentami sceny Canterbury. Podobny rozmach aranżacyjny, bez utraty dynamiki. Finezja i potężne łupnięcie w jednym. Z kolei kończący album „Third Man on the Moon” jako żywo przypomina już bardzo konkretną kapelę z tamtych kanterberyjskich czasów – Soft Machine. W pewnym sensie SSP mają urok – gdy chodzi o tematy – Pink Freud sprzed kilku lat. Tyle że dęciaki grają tu wolniej, dostojniej. A Rafał Gorzycki na perkusji bardziej maluje nastroje, grając niczym klasyczni perkusiści orkiestrowi i na chwilę zapominając, że to jazz (jeśli to w ogóle jazz). Ciekawe, że SSP naturalnie rozbudowują partie klawiszy, więc brzmieniowo w tym punkcie oba zespoły (PF często od klawiszy stroni) zbliżyły się do siebie w sposób wyjątkowy.
No dobra, aspekt improwizacji u PF jest znacznie mocniejszy, ale wahałbym się chwilę, którą płytę włączyć po raz kolejny – czy SSP, których utwory (2-4-6 – te obowiązkowo do sprawdzenia) bardzo mnie wciągnęły, by je poznać na pamięć, czy PF, których alchemicznych improwizacji nigdy nie spamiętam. Mimo tego, że jedni i drudzy uciekli w przeszłość, w lata 70., nie brzmią dla mnie obco. Może dlatego, że ta przeszłość to dla mnie, podobnie jak dla nich, kwestia pokoleniowa, okolice roku mojego urodzenia. Naturalne źródło. Łożysko, które mi zapewne dawało jakieś emocje, gdy jeszcze nie byłem ich w stanie odbierać własnymi zmysłami. Nie mogę tego pamiętać, ale czuć…

9 responses to “Pokolenie lat 70. wraca do lat 70.

  1. na jazzie „panie kochany” to chyba nikt z czytelnikow tego bloga sie nie zna:)

  2. Ależ to ciągle swojski, uwolniony z hermetycznej otoczki yass. Nie trzeba znać sie na jazzie w każdym razie – muzyka się broni tak czy owak🙂

  3. No niby tak, ja mam to samo – nie znam się za bardzo na jazzie i preferuje raczej wyroby jazzopodobne (np polski Robotobibok czy bajery z ninjatune), do których zalicza się też przecież Pink Freud.Troszkę się jednak na Alchemii zawiodłem.Mając w pamięci jeden z zeszłorocznych koncertów myślałem, że będzie lepiej, choć przecież jest całkiem nieźle.Może się dotrze? Może dla mnie faktycznie za dużo tu jazzu?
    A krzesełka to jeszcze nie miałem przyjemności…

  4. zdzichOO –> to Sing Sing Penelope spodoba Ci się znacznie bardziej. To fakt, od jakichś dwóch lat Pink Freud idą w kierunku jazzu w czystszej postaci.

  5. nie na temat co do posta, ale na temat listy ostatnio ocenionych na rym:
    jest jakiś dysonans w ocenianiu ‚jerusalem’ sleep na 4, i najnowszego om na 5. wiem, ‚jerusalem’ to (możnaby rzec – tylko) nieuporządkowany ‚dopesmoker’, i om lubię bardzo, ale jednak – każda płyta sleep rozbija wszystko co om jak dotąd nagrali.

  6. zbychomowca –> Sleep oceniałem w skali RYM. Om w skali tutejszej, w której odpowiednikiem „5” z RYM jest szóstka. Z grubsza wychodzi więc na to samo. Zresztą trudno naprawdę porównywać te płyty, niby ci sami muzycy, ale stylistyka bardzo się zmieniła.

  7. aha. stylistyka inna, ale to jest nadal jeden riff przez kwadrans.

  8. zdobyłem sing sing penelope przy okazji dowiadując się od miłego pana w empikowskiej informacji w jakich miastach Polski są jedyne egzemplarze ich poprzednich płyt – zdradził mi to szeptem rozglądając się na boki;)
    choć w sumie przydałby mi się dostęp do ich bazy;)
    a jak wrażenia? nie powala od razu,ale podoba się coraz bardziej.2,4,6? no tak, bo to w sumie najbardziej artykułowana połowa płyty.
    a w ogóle to słuchałem wcześnie the coral, wyszedłem kiedy był moment zawisu na organach, a wróciłem kilkadziesiąt minut później. płyta się już zmieniła, ale przez chwile nie poznałem – identyczny prawie moment w Farewell dutch herring. i tak – jest znacznie dalej od jazzu niż pink freud

  9. Przy okazji tych nowych CD’s mam „problem” – czy da rade zdefiniowac to co graja Pink Freud i Penelope? Podlaczylbym do tego takze muzyke zespolow takich jak: 100nka, Contemporary Noise Quintet, Ecstasy Project, Robotobibok…

    Brakuje mi jakiegos zgrabnego terminu jak „yass” w latach 80-ych czy „young power” w 90-ych.

    Zdaja sobie sprawe, ze podworko polskie jest zroznicowane i nie da sie wszystkich upchnac w jednej szufladzie ale mimo wszystko wydaje mi sie, ze po raz kolejny wylania sie cos co mozna uogolniec, jakas generacja, jakies inne wibracje.

    Czy ktos ma jakis pomysl?

    cz

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s