Britney w Halloween to perwersja

Britney Spears Blackout
BRITNEY SPEARS
„Blackout”
Jive 2007
>2<<<<

Gdyby nie garść dobrych recenzji, nawet bym się nie zainteresował piątym albumem Britney. Wystarczy mi to, że i tak czytam o niej i słyszę, choćbym nie chciał. Zapewne pisanie, że gwiazdka przeżywa złe chwile psychicznie, a dobre artystycznie – a to mówią pojedyncze pozytywne głosy – ma w sobie coś z perwersji, ale mnie to, prawdę mówiąc, nie podnieca. Jej życie rodzinne, uczuciowe i wewnętrzne (zakładam, że i takie miała) jest w końcu w stanie kompletnego, nazwijmy to przy listopadzie po imieniu, rozkładu. I współczuję. Jej, rodzinie, przyjaciołom, ale przy okazji również tym, którzy mieli w sobie tyle odwagi, żeby jednak kupić ten album, reklamowany w Polsce zabawną nalepką „Wysoka półka, niska cena”. Oj, tak, w sklepach powinni go ustawiać na najwyższej półce – tam, gdzie kurz sprzątają tylko przy okazji reorganizacji działów w Empiku. Bo pod względem artystycznym to głęboka piwnica. Z drugą częścią hasła też mógłbym zresztą popolemizować, ale szkoda czasu.
Dość, że płyta „Blackout” nie jest w żadnym razie odkrywcza. Mieliśmy już w swoim czasie próby wyjścia Britney do bardziej wymagającej publiczności. Poniosła wtedy najbardziej sromotną klęskę w całej karierze, choć recenzje były niezłe. To, że teraz próbuje nawiązywać do swoich lepszych momentów, nie budzi już nawet w połowie takiego wrażenia. Beaty spod znaku wczesnego Justina Timberlake’a można teraz złożyć z klocków Lego. A patenty The Neptunes można kupić na wagę w sklepie na rogu. Takie czasy, a wiadomo: im coś nowocześniejsze, tym szybciej przemija. A „Blackout” jest płytą udającą nowoczesność, bo to jeszcze można próbować udawać. Udawać dobrych piosenek nie sposób. A jeszcze gorzej z udawaniem wysokiego poziomu wykonawczego. Owszem, można wyprostować partię wokalną na komputerze, ale podpompować wątły głos już trudniej. A jeszcze trudniej podkręcić emocje. Kurczę, że też w żadnej konsolecie w najdroższym nawet studiu nie wprowadzili od tego gałki. W najbardziej witalnych muzycznie momentach na płycie Britney z trudem przychodzi śpiewanie w ogóle, a co dopiero mówić o pełnym witalności śpiewaniu. Wszak o witalności mówić nawet trudno, gdy ktoś żyje już tak jakby go nie było. Poziom zombifikacji Britney – przynajmniej w zakresie jej gwiazdorstwa – to jedyny wysoki poziom, jaki odnotowuje mój recenzencki zmysł przy okazji „Blackout”. I dlatego właśnie wypuszczanie tej płyty tuż przed 1 listopada i jej słuchanie w tym okresie to czysta perwersja.
PS. Fajna recenzja Jarka Szubrychta nowych płyt Britney i Kylie tu.

3 responses to “Britney w Halloween to perwersja

  1. Może producenci uznali, że jak się zrobi kompletne zaciemnienie – Blackout – to i udawać poziom będzie łatwiej.
    Tak udawali, że aż wywindowali go na najwyższą półkę. Tam, gdzie nawet ja, pomimo prawie 2m wzrostu, nie sięgnę.

  2. Makabryczne. Przesłuchałem to w jakimś odruchu masochistycznej ciekawości i stwierdziłem, że pani Spears spadła z hukiem na dno, przebiła podłoże i wylądowała tam, gdzie od dawna rezydują Pussycat Dolls i im podobni.

  3. Masochistyczna ciekawość to rzeczywiście jedyne usprawiedliwienie. Opis naprawdę obrazowy…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s