Michaelowi Jacksonowi znów nie odpadł nos

Zdarza się czasem, że najważniejsze programy w Polsce proszą o komentarz dziennikarzy muzycznych. Rzadko, bo dziennikarz muzyczny mało ma do powiedzenia o sprawach najwyższej wagi. Mało też w takich, które mogą w krótkim czasie poprawić oglądalność. Mało w takich, które wiążą ze sobą poważne problemy współczesnego świata z gwiazdami show biznesu (koniecznie z pierwszej ligi), problemami osobistymi (najlepiej na tle społecznym), a przy okazji odrobinę tańca (bo taniec jest ważny i dobrze się sprzedaje w obrazku, muzyka trochę jakby mniej, ale jeśli już trzeba…). W praktyce większość tematów się zatem nie kwalifikuje. Z wyjątkiem Michaela Jacksona. Dlatego gdy dzwonią do mnie z najważniejszych w Polsce programów informacyjnych (z całym dla nich szacunkiem – już ja wiem, jaka to ciężka i odpowiedzialna orka jest), z reguły proszą o komentarz w sprawie Michaela Jacksona.
Tutaj pozwolę sobie drobną dygresję (uznajcie to za reklamę, jeśli chcecie – tak jak w telewizji). Ciąg dalszy wywodu o Michaelu Jacksonie za moment.

mountains_choral>>>>5<
MOUNTAINS „Choral”, Thrill Jockey

premiera: 17.02.09, źródło: Boomkat.com

Być może jedną z najważniejszych zalet tej płyty jest fakt, że nie ma nic wspólnego z Michaelem Jacksonem. Jest w pewnym sensie nawet jego antytezą. Nic czarnego, żadnego funku i groove zerowy. Mało pociągająca okładka, na której trudno znaleźć informacje o tym, kto gra. Na szczęście można znaleźć płytę (to już coś), ale ta zawiera muzykę, która nie dość, że nie zna pojęcia „refrenu”, to wręcz prawie nie ma linii melodycznych i do której nie da się tańczyć, chyba żeby jakiś choreograf rozpisał to na balet nowoczesny (ale domyślam się, że wszyscy polscy choreografowie są zajęci przygotowywaniem „Tańca z gwiazdami”, z wyjątkiem tych, którzy przygotowują „You can dance”, no, chyba że pracują aktualnie nad serialem „Kochaj i tańcz”… bo cała reszta z pewnością robi serial „Tancerze”). Mountains są z Ameryki i grają – krótko mówiąc – ambient, ale taki z ludzką twarzą, bo ocieplony partiami gitary akustycznej nieco w stylu Charalambides (ci też absolutnie nic wspólnego z Jacksonem nie mają). I te gitarowe motywy potrafi topić w szumie i mgle ambientowych krajobrazów dźwiękowych.
W przeciwieństwie do Jacksona (świeć Panie nad jego nosem, ale nie za mocno, bo właściciel marzy o bladości) dwaj członkowie Mountains nie odnieśli sukcesu żadną z trzech poprzednich płyt, bo wydawali je dla małych wytwórni i bez specjalnej promocji. Wcześniej byli nieznani pod nazwą Aero & Anderegg i w dalszym ciągu nieznani pozostają. Z tą drobną różnicą, że ta płyta może do nas powrócić w zestawieniach na koniec roku – jest w niej coś pogodnego i naturalnego, co całkiem przeczy tezom o przeintelektualizowaniu muzyki ambient i okolic. Oczywiście nie powalczą z Jacksonem, ale być może ten się do końca roku nie pozbiera i jednak nowej płyty nie wyda. A nie powalczą także dlatego, że ich utwory mają nieradiowe formaty (od ponad 5 do ponad 12 minut), a jedyny potencjalny „singiel” (2’39) puszczony w Zetce w czasie dobrej słuchalności spowodowałby, że Robert Kozyra sam porzuciłby swoją funkcję prezesa, zamknął w zgorszeniu rozgłośnię i udał na trzyletnią medytację. Nie powiem, co zrobiłby Michael Jackson, bo nie potrafię wymyślić niczego głupiego, czego już by wcześniej nie zrobił.

Wróćmy do naszego barana, czyli Jacksona. Otóż w takich medialnych sytuacjach telewizję zazwyczaj interesują trzy kwestie:
1. Czy Jacksonowi już odpadł nos (to pojawia się w obrazku, bo agencje prasowe reagują błyskawicznie na wszelkie dane dotyczące tego organu ciała MJ);
2. Po co takie postacie wracają do muzyki, skoro już wszystko osiągnęły i czy nie ma aby nowej fali takich powrotów;
3. Czy Michael Jackson to wielki artysta pop.
Informuję, że moim zdaniem odpowiedzi na te trzy pytania są następujące… No dobra, najpierw jeszcze jedna krótka przerwa reklamowa.

zu_carboniferous>>>4<<
ZU „Carboniferous”, Ipecac

premiera: 20.02.09, źródło: Boomkat.com

Ciekawe, że coś, co wydaje się antytezą płyty Mountains – album hałasu – może być zarazem cały czas zaprzeczeniem Jacksona. Być może jest to nawet numer jeden na liście tych płyt, których fan MJ kupować nie powinien. Bo z grania freejazzowego, na którym się wychowali trzej włoscy muzycy grający z Zu wzięli znów wszystkie elementy pozbawione funku (a przecież free grali początkowo głównie Czarni muzycy mający w palcach swing i funk), podzielili je i przemnożyli przeż nieparzyste podziały rytmiczne w stylu King Crimson (czyli uwaga, wkraczamy w sferę jajogłowych, tu Michael Jackson nie sprzedawał się nigdy), a następnie przepuścili to przez maszynkę do odstraszania postronnych, czyli zaprosili do współpracy swoich znajomych (od dawna) The Melvins i (trochę krócej) Mike’a Pattona, którego wytwórnia ten album firmuje. Cóż takiego urzekło mnie tym razem? Za mocarną perkusją w stylu White Stripes i zgiełkiem metalicznych flażoletów kryje się jasne przesłanie: po raz kolejny ostatnio jazzmani odkrywają heavy metal. Agresywne sprzężenia atakują zewsząd, a gitarowe partie, przy których więdnie nawet słynna solówka Van Halena u Michaela Jacksona, włoscy obrazoburcy tworzą z pomocą… saksofonu i elektroniki (no, poza paroma utworami z udziałem gości w stylu kapitalnego „Chthonian”). Wszak z założenia Zu to jest trio jazzowe: saksofon, perkusja, kontrabas!
Są i minusy: muzyka improwizowana (którą tworzyli w przeszłości także w towarzystwie powerjazzowych Spaceways Inc. oraz elektronika Nobukazu Takemury) nie przyzwyczaiła Włochów do grzebania w kompozycjach, dlatego idą po linii najmniejszego oporu, na żywioł – i w wielu momentach kończy się na epatowaniu siłą, energią i innymi formami okazywania libido (czy wspominałem wam już, że moim zdaniem to nie jest dobra strona Michaela Jacksona?). Słowem: lecą w…, ale nie bądźmy ordynarni – gonią w piętkę. I nie spodziewajcie się, że te utwory kompozycyjnie się rozwiną. Ale fani Jacksona nie zauważą tego z pewnością – w końcu ich ta płyta wystraszy dużo wcześniej. Bardziej niż „Thriller”.

Pora na zapowiedziane odpowiedzi na fundamentalne pytania dotyczące Króla Popu:
1. Nie wiem;
2. Takie postacie nigdy nie odchodzą (to jest w tym najgorsze), a w związku z tym fali powrotów nie ma, bo skoro nigdy nie odeszły…;
3. Oczywiście, będę bronił „Thrillera” jak niepodległości, chyba że ktoś zabierze mi moją kopię Mountains. Dodałbym tylko w pytaniu czas przeszły.
Ogólnie nie mam nic przeciwko ekscytowaniu się sprawą jego nosa. Ani ekscytowaniem samym MJ, choć uważam, że facet się nieźle zamotał i jego życiem rządzi zapewne gromada księgowych, prawników, wróżek i specjalistów od feng shui, co jest jednak trochę przykre. Zapytacie, dlaczego w takim razie nie zgodziłem się (a tak wyszło) uczestniczyć w kolejnej telewizyjnej dyskusji o Jacksonie jako gadająca głowa, skoro mógłbym dzięki temu przemycić w dobrym czasie antenowym parę słów o Moutains czy nawet Zu, względnie o czymś równie niekomercyjnym. Odpowiedź brzmi: nie mógłbym. Po prostu nie mieści się to w formule tego typu wejść.

Dlatego pozwoliłem sobie na to drobne i niewinne oszustwo w służbie sztuki na niniejszym blogu. Dzisiejsze wydanie recenzji trudnych i wymagających płyt sponsorował Michael Jackson. W ten sposób prawdopodobnie pierwszy raz od wielu lat zrobił coś dla sztuki.

About these ads

15 responses to “Michaelowi Jacksonowi znów nie odpadł nos

  1. Sympatyczny tekst:) A Mountains nie słyszałem, a może mi się spodobać, bo lubię ambientowe granie.

  2. „Thriller” to świetna płyta, ale ja bym zostawił siły na obronę „Off the Wall”.

  3. „Dlatego pozwoliłem sobie na to drobne i niewinne oszustwo w służbie sztuki na niniejszym blogu.”

    Oszustwo automatów googla. Ciekawe ile osób, wpisujących jakąś magiczną frazę w stylu „Majkel Dżekson bez nosa wraca do śpiewania”, trafi na blogaska i przeczyta o Zu.

  4. @holcman –> „Off the Wall” też w porządku, zgadzam się.

    @MeeHau –> Będę notował i zdam z tego raport na łamach tego bloga :-)

  5. Ja bym tylko chciał dorzucić, że na Carboniferusie jest kilka przebojów, którym wokal Michaela dobrze by zrobił, bo tak właściwie płyta broni się tylko niezłą podróbą Morphinowego saksofonu. No i układy choreo też mogłyby być do tego wybitne, choć wyagałyby pewnie całego sztabu specjalistów od nastawiania kości pod dziwnym kątem.

    A Mountains cudowne, muzyka z reklamy pluszowych misiów z cyber-wszczepami.

  6. Sprobuje zaprzeczyc MJ – The Whitest Boy Alive „Rules”. Pisze, poniewaz „minimalistyczny acid jazz” wykonywany przez grupe, w mojej opinii zasluguje na wzmianke. To nie jest nowa plyta, raczej dopelnienie doskonalego Dreams i raczej dla maniakow (ja osobiscie kocham Erlend’owska melodyke ), stad te wynurzenia. Bierze mnie to hihi.
    Coz, MJ byl wielki, chwala dla niego, nie probuje go usprawiedliwiac, lecz proces windykacyjny jest dotkliwy i zaryzykowalbym stwierdzenie, ze w tym kontekscie, moze to byc bardzo rozsadna decyzjia : )
    Mountains mam, ale zdaje sie ze poslucham ponownie

  7. Czy ty przypadkiem nie chcesz spozycjonowac swojego bloga na haslo michael jackson? Wtedy researcherzy będą dzwonić do ciebie jeszcze częściej :) power of google…

  8. Może ja dziwny jestem, ale mnie z jego wszystkich kawałków najbardziej podoba się „They Don’t Care About Us”. 15 lat już ma, a brzmi nowocześniej niż ostatnia Madonna (pozostając w kręgu tematycznym tego bloga ;] )

  9. Pingback: Ostatni krzyk złej sławy Michaela Jacksona « CHACIŃSKI

  10. mam zastrzeżenia natury technicznej do oceny płyciwa Zu.

    Po pierwsze primo: jak się ma the white stripes do polirytmii serwowanych przez italczyka ? Po drugie primo: jak King Crimson ma się do transowej atmosfery krążka która w prostej linii nawiązuje do rzeźbienia spod znaku Meshuggah ? no chyba że autor robi sobie jaja i jawnie kpi z dyletanckich porównań większości dziennikarzy muzycznych. Pozdrawiam

  11. szkoda że tak cudowny album jak ‚choral’ został pobieżnie i powierzchownie zrecenzowany tylko dlatego że autor chciał sie wykazać poczuciem humoru porównując go do jacksona (?).

  12. @Deko –> To był rodzaj prowokacji, dzięki której zresztą o grupie Mountains przeczytało jakieś półtora tysiąca (do tej chwili) internautów. Duża część z nich tej grupy wcześniej nie znała, część – mam nadzieję – sprawdziła. Kilku osobom pewnie się spodobało. Ci, którzy znali ją wcześniej, mają już wyrobiony pogląd. :-)

  13. Pingback: Ziemia niczyja | Mariusz Herma » Blog Archive » Paczka elektroniczna

  14. Pingback: 35 najlepszych płyt roku 2009 « CHACIŃSKI

  15. Pingback: Szczytowanie | Polifonia

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s