VAMPIRE WEEKEND
“Vampire Weekend”
Vampire Weekend / XL Recordings 2008
>>3<<<
www
Aż zacząłem się niepokoić z powodu braku następców Clap Your Hands Say Yeah. Ale jeśli Vampire Weekend – kolejni modni i eleganccy nowojorczycy nawiązujący do lat 80. – będą się wypalać tak szybko, to nie starczy nawet na półtorej płyty. Ktoś to nieźle skomentował na RYM: “Po kolejnym przesłuchaniu doszedłem do wniosku, że nie są tak dobrzy jak Vampire Weekend”. Nie ulega wątpliwości: szyte jest to-to bardzo grubymi nićmi. Lepiej kupić “Graceland” Paula Simona, lepiej kupić “Remain in Light” Talking Heads. Ucho mają chłopaki niezłe i pamięć niezgorszą, gorzej z wyobraźnią i tak zwanym “wkładem własnym”. W dodatku nic nie poradzę na to, że po piątym przesłuchaniu niektóre fragmenty tej króciutkiej (o, czy już mówiłem, że to jedna z zalet?) płyty stają się po prostu nieznośne. Najlepsze numery: “One (Blake’s Got a New Face)” i “Oxford Comma” – bo lubię jak ich wokalista robi to coś, co w Tyrolu nazwaliby jodłowaniem. Niektórzy próbują ten album analizować. Ale po co analizować, gdy się nie chce słuchać? Ciekawe, lecz głupawe.
.
CHAUCHAT
“Upon Thousands”
Yer Bird 2008
>>>>5<
Yer Bird
Też lata 80., ale jakie inne… Sonic Youth, Dinosaur jr., nawet trochę Red House Painters. Nie ma tej lekkości i egzotyki co VW, za to o ileż większy ciężar gatunkowy. No i solidność, nienachalna melodyjność w dobrym amerykańskim stylu. Teraz już mnie nie dziwi, że grają tyle lat – bo Chauchat to wcale nie atrakcja jednego sezonu, o nie. Charakterystyczny głos jęczącego wokalisty może trochę przeszkadzać co wrażliwszym (emocjonalny jest po prostu niejaki Tyler Whitney – trochę casus Band of Horses), a płyta nastręczać problemów z zakupem (nie ma nawet na Amazonie), ale proponuję słuchać wielokrotnie, bo apetyt rośnie w miarę. Chyba że ktoś od razu posłucha “I Grew Up in the Shadow of Your Death Drive” – znam reakcje natychmiastowego olśnienia po przesłuchaniu tego numeru, wciąż jednym z najlepszych, jakie słyszałem w tym roku. Przy rozsądnym przeliczniku dolarowym zakup tej płyty wraz z przesyłką to jakieś 35 złotych, więc nie zastanawiałbym się długo. I bez żadnych złudzeń – gdy piszę te słowa, w EMPiK-u za identyczne pieniądze proponują “Karaoke z Bebe Lilly”.
.
NEW YORK CRASNALS
“Faces and Noises We Can Make”
Kuka Records 2008
>2<<<<
www
Grudniowa płyta, która dotarła do mnie późno – długo po kompilacji w hołdzie Joy Division, która pokazywała możliwości New York Crasnals w ograniczonym zakresie. Wiemy z niej, że grają równo i mrocznie. To już coś. Recenzje krzyczą, że post-rock. Post-rock to może i jest, ale grany ciężko, na modłę grunge’u i ponuro na modłę właśnie Joy Division. Czyli polska specjalność. Każdy miał w życiu zespół licealny, przynajmniej każdy, kto zaliczył liceum. Jedne były lepsze, inne gorsze, ale żeby z najlepszego nawet zespołu licealnego wyszedł świetny zespół rockowy tak po prostu trzeba tego czegoś: determinacji, siły, własnego języka i ewolucji. Po prostu niektóre licealne zespoły nigdy nie ewoluują. Krasnalom życzę jak najlepiej, ale w przeciwieństwie do Vampire Weekend powinni słuchać znacznie więcej niż w tej chwili słuchają. I od dziś nie dotykać płyt zespołu Coma.
.
KRONOS QUARTET and WU-MAN
“Terry Riley: The Cusp of Magic”
Nonesuch 2008
>>>4<<
Kronos Quartet
Najlepiej wypromowany kwartet klasyczny wśród fanów rocka i najważniejszy kompozytor minimalistyczny dla fanów rocka. Do tego grająca na pipie (to taki, hm, instrument – gdyby ktoś nie wiedział) Chinka Wu Man, czyli odrobina egzotyki. W sumie gładkie wejście w świat muzyki współczesnej, gdyby ktoś miał na to ochotę. I wejście zwodnicze, bo to niemalże płyta dziecięca: egzotyczne melodie, pozytywkowe motywy, stosunkowo łatwe harmonie, nawet bęben basowy uderza tu (napędzany nogą jednego z członków kwartetu, jak widać na zdjęciu we wkładce), całkiem zresztą miarowo. Nie jest to wprawdzie house’owe 4/4, a sam podkład to dużo wyżej niż “Buddha-Bar” (jest za to utwór “Buddha’s Bedroom”, zresztą najciekawszy w zestawieniu), nie wystraszy znajomych zaproszonych na kolację, ale ciągle intrygujące. Może się podobać – to w tym wypadku chyba najlepsze określenie dla tej sympatycznej płyty. Tyle że słyszałem już lepsze utwory Rileya. I lepsze płyty Kronos Quartet.






21 odpowiedzi jak dotąd ↓
patataj // 6 05 2008 @ 14:14 |
czekam na Pana opinię o nowej płycie Portishead.
jak dla mnie album roku.
sivi // 6 05 2008 @ 14:18 |
nie, albumem roku jest inny album ;P
no opini też jestem ciekawa, no i jeszcze tej o płycie Scarlett Johanson spiewającej Waitsa…choć lepiej niech się Pan nie skazuje na takie męki…:)
patataj // 6 05 2008 @ 14:19 |
btw, znalazłem bardzo fajny blog: http://pontone.pl/
arek // 6 05 2008 @ 14:29 |
eeee, fajny ten ponton
i do tego polski – sadzac po domenie
dzieki patataj!
jak go znalazles?
w koncu cos nowego
same blogi reckami albo mp3
lukaszkusmierz // 6 05 2008 @ 14:58 |
Nie nie nie tak z tym Vampire Weekend! Miało być 4 lub 5, prawda?;)
Bartek Chaciński // 6 05 2008 @ 16:30 |
Patataj –> Portishead ciekawe, ale czekam na płytę bez wyciszeń, bo dotąd korzystałem z promo wydawcy polskiego z przerwami (fuj!).
Dzięki za pontone’a!
Sivi –> a cóż to za album?
Łukasz –> Vampire Weekend w sumie nie jest najgorsze, ale jeśli Talking Heads dałbym 5, to nie może mieć więcej niż 3. Poza tym jest prawie tak męczące przy dłuższym obcowaniu co CYHSY.
sivi // 7 05 2008 @ 0:51 |
jak to jaki?
Baby Dee oczywiście! gdyby Geothe przeczytał tekst the Early King byłby na 100% dumny z Dee
no bo w ogóle ja teraz jestem na etapie C93 i takie tam… i o niczym innym się nie da ze mną pogadać na chwilę obecną…
ale może przesłucham to Vampire Weekend;p
fajne te kwadraciki przy postach, kojarzą mi się z taką zabawką z dzieciństwa.
warnawieslawski // 7 05 2008 @ 7:58 |
Chauchat świetny, chociaż z czasem zachwyt trochę opada. Niemniej, słucha się bardzo przyjemnie. Takie szczere rokowe granie.
A Portishead to jak dla mnie porażka roku. Legendy nie powinny powracać. I nie powinny słuchać Silver Apples.
migala // 7 05 2008 @ 10:27 |
wyostrzyl sie Panu jezyk na tych “wakacjach”
Bartek Chaciński // 7 05 2008 @ 12:21 |
Migala –> Stęskniłem się za blogiem po prostu. Wysotrzył mi się, że tak powiem, apetyt.
Przez kilka tygodni słuchałem tylko starych płyt. Z drugiej strony, właśnie dlatego że słuchałem starych płyt, moje spojrzenie na nowe może być chwilowo bardziej krytyczne…
zdzichOO // 7 05 2008 @ 13:59 |
Vampire Weekend – ja też daję 3, ale nie uważam, że jest głupawy.Po prostu to nic odkrywczego i rewelacyjnego, ale dobra i przyjemna zabawka na jakiś czas, której kolejnej wersji sobie nie wyobrażam.
NYC – też nie wiem o co cały ten hype z krasnalami.
Portishead-płyta roku chyba nie,porażka roku – zdecydowanie nie, i jeśli wracać to właśnie w takim stylu.Dla mnie pozytywne zaskoczenie po lęku związanym z monotonnością Machine Gun,które zaskakująco wpasowało się później w całość.
świerk // 8 05 2008 @ 20:48 |
ale jaki hype co do NYC? jak już to chyba przy VW i to taki który w żaden sposób nie idzie mi zrozumieć. a język ostrzejszy rzeczywiście i nie wiem czy mi się to podoba, tym niemniej cieszę się, że auto wrócił do nas, już nie musimy z sivi ratować blogsfery
sivi // 9 05 2008 @ 1:56 |
hehe, świerk chyba wszyscy odetchnęli (cóż to za czasownik potworny) z ulgą
szubrycht // 9 05 2008 @ 16:57 |
No, ale jakże to tak… Debiutantom trzeba dawać fory. Nie można od razu zestawiać z jakimś Talking Heads. 3 punkty dla VW muszę oprotestować
snorri // 9 05 2008 @ 17:44 |
portishead jest dobre, ale tylko ostatnie 4 kawałki, reszta nudaaaa. natomiast Yoav – Charmed And Strange zdecydowanie jak dotąd najlepsza płyta wg mnie tego roku
Bartek Chaciński // 9 05 2008 @ 18:46 |
Snorri –> Yoav to w takim razie muszę posłuchać.
Szubrycht –> Nie ma forów, bo jak im teraz damy fory, to nagrają taką płytę jak “dwójka” Clap Your Hands
Chociaż pewnie i tak nagrają. Ale ja naprawdę trzymam za nich kciuki…
husky // 13 05 2008 @ 17:27 |
Przepraszam ze tak brzydko sie promuje, ale zapraszamy Was serdecznie
British Sea Power, Clinic, Of Montreal, Caribou, James Chance i blisko 50 innych wykonawców na OFF FESTIVAL 2008. Więcej na: http://www.off-festival.mbank.pl
Lorry // 29 05 2008 @ 14:17 |
Dziwi mnie powierzchowne podejście autora do płyty NYC. Płyta na pewno ma bliżej do Slint’a czy Mogwai’a niż grunge… Ten materiał trzeba przesłuchać wieokrotnie, dac mu czas. Jest dobry zdecydowanie.
Z porównaniami do Comy to już kompromitacja Panie Bartku…
Bartek Chaciński // 30 05 2008 @ 0:16 |
Lorry –> proponuję przeczytać jeszcze raz ostatnie zdanie, czy ja tam mówię, że grają jak Coma? Chodzi raczej o zarażenie łatwą licealną grunge’ową estetyką grania. I nic więcej. IMHO są oczywiście dużo lepsi od Comy.
Ale co do Mogwai i Slinta, to chyba na moich egzemplarzach co innego nagrali w takim razie, bo nijak mi to nie pasuje do obecnych nagrań NYC. Może kiedyś…
Lorry // 30 05 2008 @ 9:29 |
a gdzie słyszysz grunge?:) Poza tym ‘zarażenie łatwą licealną grunge’ową estetyką’ – kompozycje jak low fare space lines czy shoes są łatwe? Bronie NYC bo jest to zdecydowanie płyta odstająca na plus na polskim rynku zdominowanym błachym avant-popem
C jak Carl Craig & Moritz von Oswald, Contemporary Noise i Cloudland Canyon, D jak Damien Jurado, David Byrne & Brian Eno, Deerhoof, Deerhunter, Department of Eagles i Dungen (REKOLEKCJE, cz. 3) « CHACIŃSKI // 28 12 2008 @ 13:20 |
[...] oznaczało dla mnie w tym roku także Calexico, Cat Power, Chauchat. Z ciekawszych płyt pominąłemtutaj całkiem miłe, ale wtórne City and Colour (warto jednak [...]