Powściągliwie porażający album. Po poprzedniej opisywanej przeze mnie płycie (patrz niżej) właściwie powinienem to stwierdzić z zaskoczeniem. Ale w istocie już pisząc o niej wiedziałem, że ukazało się w tym roku coś więcej niż przyzwoity album Magnetic Fields. Pora poznać debiut solowy Bradforda Coxa, lidera formacji Deerhunter (patrz moje ulubione albumy roku 2007), który w pojedynkę robi, jak się okazało, rzeczy jeszcze bardziej niezwykłe nż w grupie. Ja w granym na 6/8 utworze “Recent Bedroom” i kolejnych słyszę echa najlepszych produkcji spod znaku 4AD i, owszem, także My Bloody Valentine, choć to nieco nadużywane porównanie. Nie chcę iść tak daleko, by od razu zestawiać Bradforda z Kevinem Shieldsem, ale jest coś marzycielskiego i delikatnego, a zarazem sugestywnego w jego wizji. Jest też podobne brzmienie – “rozmazane” i ciepła. No i miło by było dostać tej klasy propozycję od Shieldsa. Ale słyszę też repetytywny folk rodem z Charalambides, a wreszcie odrobinę wczesnego Stereolab.
Jeśli chodzi o operowanie nastrojem, Cox robi ze słuchaczem, co chce. I właściwie można by się zapędzić i wysoką notę wystawić płycie już po krótkim wstępie z głosem chłopca opowiadającego o duchu imieniem Charlie. Zresztą to nastrój trzyma w kupie wszystkie środki wyrazu, po jakie sięga frontman Deerhuntera – włącznie ze wspomnianymi rytmami trójdzielnymi, partiami perkusyjnymi rodem z IDM, egzotycznym instrumentarium i odrealnionymi wokalizami. Podobnie jak w wypadku jego macierzystej formacji, jest to klimat niezwykle oryginalny i niejednoznaczna stylistyka. Na ile może być za to odpowiedzialny zespół Marfana, genetyczne schorzenie, na które cierpi Cox? Trudno powiedzieć, ale skoro na tę samą chorobę cierpieli także Robert Johnson i Niccolo Paganini (tutaj więcej informacji), to może rzecz ma coś wspólnego z talentem/wrażliwością muzyczną? Choć z punktu widzenia słuchacza oczywiście nie powody się liczą, ale skutki. A płyta z długim tytułem Amerykanina z Atlanty zaskakuje na każdym kroku i prowadzi nas stopniowo coraz głębiej w osobny świat, zatapiając się w ostatnich minutach w ambiencie i pokazując, jak wątła jest granica między hałasem a ciszą po tej drugiej – kontemplacyjnej, medytacyjnej, ambientowej stronie muzyki.
Jeśli chodzi o operowanie nastrojem, Cox robi ze słuchaczem, co chce. I właściwie można by się zapędzić i wysoką notę wystawić płycie już po krótkim wstępie z głosem chłopca opowiadającego o duchu imieniem Charlie. Zresztą to nastrój trzyma w kupie wszystkie środki wyrazu, po jakie sięga frontman Deerhuntera – włącznie ze wspomnianymi rytmami trójdzielnymi, partiami perkusyjnymi rodem z IDM, egzotycznym instrumentarium i odrealnionymi wokalizami. Podobnie jak w wypadku jego macierzystej formacji, jest to klimat niezwykle oryginalny i niejednoznaczna stylistyka. Na ile może być za to odpowiedzialny zespół Marfana, genetyczne schorzenie, na które cierpi Cox? Trudno powiedzieć, ale skoro na tę samą chorobę cierpieli także Robert Johnson i Niccolo Paganini (tutaj więcej informacji), to może rzecz ma coś wspólnego z talentem/wrażliwością muzyczną? Choć z punktu widzenia słuchacza oczywiście nie powody się liczą, ale skutki. A płyta z długim tytułem Amerykanina z Atlanty zaskakuje na każdym kroku i prowadzi nas stopniowo coraz głębiej w osobny świat, zatapiając się w ostatnich minutach w ambiencie i pokazując, jak wątła jest granica między hałasem a ciszą po tej drugiej – kontemplacyjnej, medytacyjnej, ambientowej stronie muzyki.

10 odpowiedzi jak dotąd ↓
migala // 3 03 2008 @ 22:14 |
cieszy mnie ta recenzja. jak zobaczyłem skład w jakim została ta płyta nagrana, to zwątpiłem.. wiedziałem ze kichy nie będzie
szczególnie ucieszyłem sie obecnością Adama Forknera (Yume Bitsu, White Rainbow)
patataj // 4 03 2008 @ 12:47 |
“Powściągliwie porażający album” – to chyba najlepsze określenie na ten krążek. nie rzucił mnie od razu na kolana, ale zdałem sobie właśnie sprawę, że słucham go od miesiąca codziennie i za każdym razem odkrywam coś nowego, więc wygląda na to, że zupełnie niezauważenie stał się moiom ulubionym albumem tego roku (obok borisa, exceptera i autistic daughters)
Without // 4 03 2008 @ 19:42 |
Kilka dni temu przesłuchałem ten album,ale tylko jeden raz.Bardzo przypomina mi album Panda Bear sprzed roku(np.charakterystyczne zatapianie wokali).Podobał mi się ale to jeszcze za mało aby coś o nim mówić.Mam nadzieje że to bardzo dobry album.
sivi // 5 03 2008 @ 1:48 |
oj Without trza było tego nie pisać-brzmi jak panda? to ja nie sięgam po to ;/
Bartek Chaciński // 5 03 2008 @ 21:49 |
Oj, jak dla mnie zupełnie nie jak Panda, zresztą trzeba samemu posłuchać.
sivi // 5 03 2008 @ 23:27 |
nooooo dooooobra
mh // 6 03 2008 @ 23:27 |
Na http://www.myspace.com/bradfordcox
można darmo posłuchać sześciu pierwszych utworów
Ivonka // 7 03 2008 @ 22:48 |
czesc,
chcialam Ci tylko dac znac ze zaczelam rozkrecac mojego bloga oto adres : http://damznac.blox.pl/html
gdybys mial jakies sugestie to chetnie przeczytam .
Na razie jakos wolno sie toczy …
pozdrawiam z zasypanej sniegiem Kanady
mat // 17 03 2008 @ 12:22 |
autistic daugters beda grac na unsoundzie w krakowie w paz. 2008….
A jak Amadou & Mariam, Arve Henriksen, Aidan Baker & Tim Hecker (REKOLEKCJE, cz. 1) « CHACIŃSKI // 12 12 2008 @ 20:11 |
[...] w tym roku odpowiadało także takim wykonawcom jak Atlas Sound, Autechre i Alva Noto. Ale o nich już pisałem w tym blogu i możecie z tego wpisu przeskoczyć do [...]