CHACIŃSKI

Był sobie duch, który miał na imię Charlie

3 03 2008 · Komentarzy: 10

Atlas Sound

ATLAS SOUND
“Let the Blind Lead Those Who Can See, but Cannot Feel”
Kranky 2008
>>>>5<
Powściągliwie porażający album. Po poprzedniej opisywanej przeze mnie płycie (patrz niżej) właściwie powinienem to stwierdzić z zaskoczeniem. Ale w istocie już pisząc o niej wiedziałem, że ukazało się w tym roku coś więcej niż przyzwoity album Magnetic Fields. Pora poznać debiut solowy Bradforda Coxa, lidera formacji Deerhunter (patrz moje ulubione albumy roku 2007), który w pojedynkę robi, jak się okazało, rzeczy jeszcze bardziej niezwykłe nż w grupie. Ja w granym na 6/8 utworze “Recent Bedroom” i kolejnych słyszę echa najlepszych produkcji spod znaku 4AD i, owszem, także My Bloody Valentine, choć to nieco nadużywane porównanie. Nie chcę iść tak daleko, by od razu zestawiać Bradforda z Kevinem Shieldsem, ale jest coś marzycielskiego i delikatnego, a zarazem sugestywnego w jego wizji. Jest też podobne brzmienie – “rozmazane” i ciepła. No i miło by było dostać tej klasy propozycję od Shieldsa. Ale słyszę też repetytywny folk rodem z Charalambides, a wreszcie odrobinę wczesnego Stereolab.
Jeśli chodzi o operowanie nastrojem, Cox robi ze słuchaczem, co chce. I właściwie można by się zapędzić i wysoką notę wystawić płycie już po krótkim wstępie z głosem chłopca opowiadającego o duchu imieniem Charlie. Zresztą to nastrój trzyma w kupie wszystkie środki wyrazu, po jakie sięga frontman Deerhuntera – włącznie ze wspomnianymi rytmami trójdzielnymi, partiami perkusyjnymi rodem z IDM, egzotycznym instrumentarium i odrealnionymi wokalizami. Podobnie jak w wypadku jego macierzystej formacji, jest to klimat niezwykle oryginalny i niejednoznaczna stylistyka. Na ile może być za to odpowiedzialny zespół Marfana, genetyczne schorzenie, na które cierpi Cox? Trudno powiedzieć, ale skoro na tę samą chorobę cierpieli także Robert Johnson i Niccolo Paganini (tutaj więcej informacji), to może rzecz ma coś wspólnego z talentem/wrażliwością muzyczną? Choć z punktu widzenia słuchacza oczywiście nie powody się liczą, ale skutki. A płyta z długim tytułem Amerykanina z Atlanty zaskakuje na każdym kroku i prowadzi nas stopniowo coraz głębiej w osobny świat, zatapiając się w ostatnich minutach w ambiencie i pokazując, jak wątła jest granica między hałasem a ciszą po tej drugiej – kontemplacyjnej, medytacyjnej, ambientowej stronie muzyki.

Kategorie: recenzje
Otagowane: , ,

10 odpowiedzi jak dotąd ↓

Skomentuj