Prawdę mówiąc, czekałem cierpliwie, aż Jarek Szubrycht podejmie temat. No i podjął. Bardzo się z tego powodu cieszę i w zasadzie chcę tylko przekierować w tym miejscu do jego bloga. Tam więcej o działaniach Agory, która produkuje książki (no wiecie, namnożyło się tych pisarzy ostatnio: Wojciech Waglewski, Ewa Bem, Shakin’ Dudi…), sprzedaje je w salonikach prasowych jak gazety, a potem wręcza złote płyty za ich sprzedaż. A na koniec roku nominuje artystów do Fryderyków, bo fakt, że coś jest książką, nie przeszkadza Akademii Fonograficznej w uznaniu tego za fonogram (to smutny powód do tego, żeby wypisać się z zaszczytnego grona AF, jak dla mnie). Po co to wszystko, przeczytacie sobie u Jarka. Ale można się domyślić, o co idzie, jeśli nie wiadomo, o co chodzi.

Jedno, co mogę dodać w tej sprawie: po raz kolejny nie mogę się nadziwić artystom. Zacnym, lubianym przeze mnie postaciom z górnej półki. Już trzykrotnie w ciągu ostatniej dekady zadziałali z żelazną konsekwencją na swoją własną niekorzyść, powodując kryzys na rynku muzycznym (tylko proszę mi tu nie proponować starej śpiewki o tym, że to Kasia Kanclerz wywołała kryzys do spółki z Wojciechowskim et consortes, proszę doczytać):

Po pierwsze, w latach 1998-99 cała branża konsekwentnie poparła pomysł koncernów płytowych, żeby nie kupować reklam w prasie branżowej, bo - jak wyszło z badań - bardziej przy sprzedaży płyt opłacają się radia, telewizja, a nawet (sic!) plakaty na mieście. Finał? Śmierć prasy muzycznej w Polsce. Szybka i bezbolesna. Po dwóch latach okazało się, że nie ma gdzie publikować wywiadów, wysyłać płyt do recenzji itp. Zostały pisma o ogólnym profilu i prasa kobieca. I czasem tylko, dzwoniąc do “Przekroju”, ktoś załkał w słuchawkę, że przecież nikt o tych wszystkich płytach nie pisze, a artyści tak bardzo chcieliby poczytać, co o nich sądzą dziennikarze. Odpowiadałem zawsze tak samo: “Przykro mi, ale nie mamy tyle miejsca na recenzje płyt, nie jesteśmy w końcu pismem muzycznym”.

Po drugie, mniej więcej w tym samym czasie, polska branża poszła na totalną ugodę ze stacjami radiowymi. Zgodziła się na to, żeby zaufać wynikom badań telefonicznych potencjalnych przebojów (w sensie: puszczają wam parę sekund refrenu przez trzeszczące łącza TP S.A., a wy macie powiedzieć, czy wam się podoba, a na tej podstawie ktoś inwestuje pieniądze w muzykę; pewnie znacie całą sprawę dobrze, ale jej debilizm cały czas robi wrażenie, czyż nie?). I dziś znajomy Maryli Rodowicz mówi mi: “Stary, przecież ona nie może nagrać takiej płyty, jaką by chciała, bo nie graliby tego w Radiu Zet, to wszystko przez rozgłośnie, one nam zepsuły rynek!”. Otóż nieprawda, radio ma prawo wymyślać głupie triki, a artyści są po to, żeby się na nie nie nabierać. Na dodatek artyści podzielili się na tych, którzy reklamują RMF i na tych, którzy wspierają Zetkę - tylko po to, żeby załapać mniej lub bardziej świadomego “bana” u konkurencji i ograniczyć sobie pole rażenia o połowę. Słabo? Tak, a to działania, które trwają do dziś. Aż trudno uwierzyć.

Po trzecie, dziś sprzedają swoją muzykę nie wydawcom płyt, albo chociaż producentom empetrójek czy dzwonków do komórek, tylko wydawnictwu prasowemu, które proponuje im dobry układ w ramach pewnej luki prawnej. Nagrywają więc płyty i sprzedają je, w zamian za doraźny zysk rujnując możliwość rozwoju własnej branży, o słabości której często wspominają. Jeżeli to nie jest nieodpowiedzialność, to podajcie mi właściwszą definicję. ;-)

No proszę, a chciałem tylko przekierować do Jarka…

PS. Aha, ja tam cały czas czekam na nagrody Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek dla Waglewskiego i Bem. Byłoby przynajmniej zabawnie. A kiedyś może Nike? Czekam na nominacje i trzymam kciuki za konsekwencję w obozie Agory S.A.