CHACIŃSKI

2008: pierwsze zaskoczenie, pierwsze rozczarowanie

2 02 2008 · Komentarzy: 4

Cat Power
CAT POWER
“Jukebox”
Matador 2008
>>3<<<

Magnetic Fields
MAGNETIC FIELDS
“Distortion”
Nonesuch 2008
>>>4<<
Koniec bezczynności. Tym razem już definitywny. Cóż, czekałem na jakiś poważny bodziec do pisania i w końcu pojawiły się – aż dwa. Przede wszystkim album Chan Marshall, na który długo czekałem i który w końcu odebrałem w płytowej wersji. I od razu duuuże rozczarowanie. Ja rozumiem, że ballady. Rozumiem, że tradycja i przetwarzanie wszystkich piosenek na swoją modłę, przepuszczanie ich przez pryzmat własnej wrażliwości. Wszystko ok. Pod warunkiem, że nie skutkuje tak bezpłciową nudą.
Uwielbiam Cat Power – jej głos, sposób pracy nad aranżacjami na ostatnich albumach, więc właściwie powinienem nawet tę gorszą płytę pokochać. Ale nie jestem w stanie. Tym bardziej, że słychać tu przebłyski geniuszu – choćby w nowej wersji “Don’t Explain” Billie Holiday. Tyle że inne covery – bo to prawie wyłącznie nowe wersje znanych piosenek – zostały położone w sposób bezprecedensowy (przypomnijmy sobie tę samą Chan z okresu “The Covers Record” – wtedy było zupełnie inaczej). Bob Dylan, James Brown, wreszcie nowa wersja “Blue” Joni Mitchell – to wszystko nie robi większego znaczenia. Jest styl Chan, ale pomysłu na interpretację – za grosz. Owszem, wydanie deluxe, jakim dysponuję, ma jeszcze jeden atut w postaci “Angelitos Negros” Celii Cruz na drugiej płycie zestawu. Może jeszcze coś mi się podoba. Może.
A jeszcze gorsze jest to, że co chwilę przypominam sobie, jak dobrze było wcześniej, bo utwory Chan Marshall są ostatnio eksploatowane na ścieżkach dźwiękowych – na “My Burberry Nights” można posłuchać nagrań z “The Greatest”, a na ścieżce kultowego w Stanach młodzieżowego i lekko naiwnego “Juno” (wkrótce w Polsce) – “Sea of Love” z “The Covers Record”. Wszędzie pasują jak ulał. Tylko na “Jukebox” druga próba wejścia do tej samej rzeki okazało się klęską.
Co w takim razie z The Magnetic Fields? Inaczej niż Cat Power, grupa Stephina Merritta nigdy nie należała do moich ulubionych (pomijam genialny i monumentalny album “69 Love Songs”, rzecz jasna). Choć interesowało mnie to, co robi. “Distortion” zamawiałem więc z drżeniem o prywatne fundusze, ale zostałem zaskoczony – to niezwykle równa płyta, sprawna i elegancka na poziomie kompozycji. Jeśli ktoś pamięta chropawą piosenkową alternatywę z lat 80. – będzie oczarowany. The Jesus and Mary Chain jest oczywistym skojarzeniem, bo grupa z Bostonu tym razem częściej niż dotąd i śmielej przesterowuje brzmienie swoich gitar, brudzi je, nie naruszając zarazem subtelnych piosenkowych konstrukcji. Te z kolei kojarzyć się mogą chociażby z The Beach Boys, ale słychać w nich także kilka kolejnych dekad. Bardzo udane 38 minut, nie tylko dla muzycznych erudytów. Bo nawet ci, którzy lat 80. nie cenią wysoko, ale uwielbiają głosy w typie Neila Hannona czy Jensa Lekmana, mają szansę odkryć dla siebie jeszcze jedną ciekawą – a w Polsce wciąż znaną zbyt mało – postać rynku niezależnego.

Kategorie: recenzje
Otagowane: , , ,

4 odpowiedzi jak dotąd ↓

Skomentuj