Najświeższe kawałki ubiegłego roku to były te sprzed przynajmniej 30 lat. O starszych nagraniach wracających po latach pisałem już poprzednio, ale do Mingusa i Younga dodać trzeba przyzwoitą Vashti Bunyan, a przede wszystkim reedycje White Noise (jeśli ktoś nie słuchał, to lepiej niech sobie daruje resztę tego wpisu i poszuka “An Electric Storm”) i Bruce’a Haacka (”The Electric Lucifer” - wtedy wszystko musiało być “electric”). Przy okazji - i “Piper at the Gates of Dawn” miało swoją reedycję, a także “Daydream Nation” w wersji deluxe.
Nieźle wypadła znowu scena neofolkowa/piosenkowa, i to mimo niedyspozycji CocoRosie, gorszej formy Devendry Banharta, Six Organs of Admittance, Charalambides, ciut gorszego w całości Jensa Lekmana. Znów przez cały rok wydawało się, że jest słabo, ale skoro koniec końców jest paru lepszych od Björk czy Radiohead to znaczy, że nie było tak źle. Choć trudniej byłoby wskazać jedną płytę - rok temu było zupełnie inaczej, Joanna Newsom znokautowała konkurencję.
Na scenie elektronicznej bez zmian - większość labeli miała problemy, by wydać choć jeden naprawdę zadowalający album, a jakoś nie mogę się przestawić na słuchanie singli. Jeszcze gorzej było na scenie hiphopowej, gdzie potrafiłbym wskazać może ze dwie naprawdę satysfakcjonujące płyty (Public Enemy, El-P… o kimś zapomniałem?). Prawda, w Polsce był L.U.C. pod wszystkimi postaciami, i to cieszy.
Z zabawnych rzeczy - grupa Japancakes. Poszukajcie ich “Loveless” - nuta w nutę odegrany cały album My Bloody Valentine, tyle że brzmi to tak, jak gdyby chcieli, żeby było prościej i wyraźniej. Na wszelki wypadek proszę sobie przygotować egzemplarz oryginału, gdybyście w połowie mieli zwątpić w to, że w ogóle się do czegoś nadawał. A ponieważ Japancakes nie mogę zlokalizować na youtubie, to proponuję filipińskiego “Thrillera” więziennego, który jednocześnie wzruszył mnie i rozbawił latem:

…a jak komuś mało, to jeszcze nagranie “Apache” (kultowy kawałek hiphopowców) w wersji disco z lat 70. To się wydarzyło naprawdę, proszę nie regulować odbiorników:

No ale wróćmy do poważnych spraw. Koncert roku - bezwzględnie Joanna Newsom w Berlinie. Mam tu fragment z tej samej trasy, tylko miejsce inne:

Wzruszenie roku - Sonic Youth w Gdyni na Open’erze. Program taki, jak trzeba, gdy ktoś trafił na nich po raz pierwszy, choćby po wielu latach czekania.

Najbardziej żałuję, że nie pojechałem z redaktorem H. na pewien zagraniczny festiwal, gdzie odbył się również ten koncert:

To oczywiście nie wszystko. Jeśli chodzi o absencje na imprezach ten rok był naprawdę koncertowy w moim wydaniu. Udało mi się opuścić występy Finów w Starym Browarze (żal!) i Toumaniego Diabaté w Poznaniu (tego akurat mniej żal, bo jak wieść niesie, nie było aż tak dobrze jak się zapowiadało). Listy nie będę rozwijał, bo chyba bym się załamał.
Rozczarowania… Najbardziej przereklamowane z perspektywy czasu wydają mi się na zeszłorocznych płytach Björk (sam przyłożyłem do tego rękę, ganiąc artystkę nie dość mocno w recenzji), The Field (niezłe, no ale dlaczego się na to wszyscy uwzięli, pozostanie dla mnie tajemnicą), M.I.A. (kilka dobrych fragmentów, ale przy całości mam wrażenie jak przy Björk - słuchać mi się nie chce), Matthew Dear (wysokie miejsca wszędzie, próbowałem się przekonać - bez skutku), Fennesz z Sakamoto (o ileż lepszy, bardziej oryginalny był duet Alva.Noto-Sakamoto!). Nie zrozumiałem fenomenu Menomeny, ale może zabrakło czasu. Za to po dwóch próbach jestem całkowicie przekonany, że nowy Pram to nie dla mnie. Z nowym Low trochę przeszarżowałem, pisząc dwa wpisy niżej, że strasznie mnie rozczarował. Ale też przeszarżowałem z dobrą oceną tej płyty na początku. Zdarza się, niestety, stosunek do płyt zmienia się nie tylko przez kilka miesięcy po ich ukazaniu się, ale przez całe życie.
Co do wspomnianego zniechęcenia - ktoś ostatnio na jakimś blogu pisał o zmęczeniu muzyką. Ja w tym roku odkryłem sklepy sprzedające w mp3 dobrą muzykę z niezależnych wytwórni (Bleep, Boomkat, Rough Trade) i okazało się, że ilość dobrej muzyki potrafi urosnąć z miesiąca na miesiąc w sposób tak zastraszający, że aż przytłaczający. Chwilami chciałoby się więc mieć trochę więcej czasu, choć miałem prze to takie momenty kiedy trudno mi było słuchać czegokolwiek.

I jeszcze kilka wrażeń zupełnie niemuzycznych.
Genialny początek roku spędzony przed telewizorem zawdzięczam znajomym, którzy namówili mnie na zainteresowanie się tym, chociaż nie lubię seriali:

Miłe wrażenia w końcówce zawdzięczam z kolei Ronniemu O’Sullivanowi i jego występom w UK Championship - 147 punktów w finałowym framie półfinału z Markiem Selbym, przy stanie 8:8 (pojedynek do 17). Jeśli ktoś się tym interesuje, zwracam uwagę, co w takim momencie decydującego frame’a robi O’Sullivan (koniec drugiej minuty nagrania):

Luckowi daruję tym razem. I tak zajął mi więcej czasu niż to wszystko razem wzięte. A mogłoby być więcej tego czasu. Jak ktoś ma trochę na zbyciu, to mogę się wymienić na “Voltę” i “Kalę”. Ta pierwsza w “polskiej cenie”, żeby nie było, że nie ostrzegałem. No i dzięki za cierpliwość. Na HCH info o podsumowaniach radiowych, jeśli ktoś jest zainteresowany.