Powinno się zaczynać podsumowania na początku roku, jeśli ktoś się chce wyrobić na koniec. Inaczej mamy przerąbane. Czyli tak, jak ja przez ostatnich parę dni. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że każde przesłuchanie od nowa płyty dawno niesłuchanej grozi grubymi zmianami na liście i rozpoczynaniem od nowa. Choć z drugiej strony to całkiem przyjemne uczucie - tak polubić coś, co jeszcze parę miesięcy temu wydawało się na straconej pozycji. Jest za to jeszcze strach, że się nie zdąży przed końcem roku.
Najbardziej żal tych wszystkich płyt, które się nie mieszczą. Niny Nastasii & Jima White’a. I Bena Frosta, który ma jak wół wdrukowaną datę “2006″ na płycie, choć przysiągłbym, że to jednak 2007 (RYM podaje, że 4 grudnia rzecz wyszła - takie rzeczy powinny w Polsce przechodzić na kolejny rok!). Żal mi też Scout Niblett, która nagrała bardzo fajną płytę, ale byłem uprzedzony odkąd raz widziałem ją na scenie (występowała jako support przed CocoRosie i nie chciała zejść ze sceny). Caribou też nie najgorsze, ale musiało odpaść. El-P i Public Enemy - najlepszych albumów hiphopowych, ale to jednak nie był rok dla hip hopu dobry… Findlaya Browna i Marissy Nadler żal bardzo, bo niewiele zabrakło obojgu (wymieniam w jednym zdaniu, bo to jedna wytwórnia). Samamidona żal jeszcze mocniej, ale w przyszłym roku będzie go za co uhonorować. Album “All Is Well” już w drodze. Valgeira Sigurðssona żal, ale ten już nazbierał komplementów przez lata. Żal grupy Swod (ta od “Sekunden”), ale to jednak ciut za mały kaliber do takiego zestawienia. Aloga, Supersilent i Arve Henriksena - jakoś minął okres zaskoczenia, ciągle dobre, choć już nie takie świeże. Amona Tobina żal, bo tak dobrej płyty nie nagrał dłuuugo. Meg Baird żal tylko trochę mniej. Kristin Hersh - zdecydowanie, bo też najlepsza płyta od dawna. Okkervil River, Band of Horses i Bright Eyes. Grindermana, ale tym razem Polly była lepsza. Po prostu się nie zmieściły. UNKLE, bo jak nie teraz, to kiedy? A najbardziej żal Damon & Naomi, ale spróbowałem odsiać stricte osobiste emocje i okazało się, że jednak można zostawić na boku.
Tak naprawdę wśród najlepszych płyt roku przodowały te przywracane po latach - Charles Mingus, Neil Young. I długo zapowiadało się na to, że w dość - powiedzmy - “demokratycznym” zestawieniu Rate Your Music wygra Neil Young ze swoim “Live at Massey Hall 1971″, ale jakiś życzliwy redaktor tamtego serwisu postanowił zainterweniować i zdjął Younga (a przy okazji także Mingusa) ze szczytu zestawienia, pozwalając fanom Radiohead i Porcupine Tree dokończyć dzieła, no i z zestawienia wyszła lekka satyra. Ale dosyć słowotoku. Poniżej już tylko to, co ja bym widział na czele.

trzydzieści trzy najlepsze płyty 2007 roku
(alfabetycznie)

Akron-Family - Love Is Simple

Akron/Family - Love Is Simple (Young God)
Hipisowski album roku. Znokautował Devendrę Banharta, skądinąd uciekiniera z wytwórni Young God. A Polyphonic Spree wręcz zdublowane. A to taka prosta muzyka…

Alva Noto

Alva Noto - Xerrox vol. 1 (Raster Noton)
Nowy album Carstena Nicolai wzbudził kontrowersje (zaskakująco dużo dźwięków jak na tego minimalistę), ale mnie od początku kilka momentów na tej płycie zahipnotyzowało.

Animal Collective

Animal Collective - Strawberry Jam (Domino)
Grupa roku - nie dość, że świetny nowy album, zapewne bardziej satysfakcjonujący dla fanów AC niż “Feels”, to jeszcze udane projekty solowe (szczególnie Panda Bear), no i niezły repertuar wytwórni Paw Tracks (radzę posłuchać Erica Copelanda!).

Arcade Fire

Arcade Fire - Neon Bible (Merge)
Posłuchałem dziś na nowo, no i po prostu nie można tego tak zostawić. Te aranże dęciaków, te chórki, refreny… To popowy album, ale świetny, niech tylko takie płyty rządzą na listach przebojów i będzie lepiej.

Battles

Battles – Mirrored (Warp)
Muzyka z gatunku nieprawdopodobnych, dzięki której Warp naprawił kiepski ostatnio wizerunek. Matematyczny rock w tym wydaniu trochę bardziej z duszą, ale dalej trudno uwierzyć, że to ludzie grają. Majstersztyk.

The Besnard Lakes

The Besnard Lakes – …Are The Dark Horse (Jagjaguwar)
Duet Olga Goreas i Jace Lacek plus zespół towarzyszący to jedni z czołówki moich prywatnych faworytów roku. Świetny, mocny psychodeliczny pop utopiony w ścianie dźwięku gitar. Czarny koń roku, jeśli brać pod uwagę okładkę.

Andrew Bird

Andrew Bird - Armchair Apocrypha (Fat Possum / Fargo)
Drugi po Iron and Wine songwriter roku. Niezwykłej urody piosenki, których jakość tkwi też w drobnych smaczkach aranżacyjnych.

Boris with Merzbow

Boris with Merzbow - Rock Dream (Southern Lord)
Koncertowa płyta roku, pomijając Younga. Noise z punk-metalem z siłą trzęsienia ziemi. Japończycy dobrze rozumieją się między sobą - udowadnia to też płyta “Rainbow” z Michio Kuriharą, która też spokojnie mogłaby trafić do tego zestawienia, ale wyszła oryginalnie w 2006 (reedycja amerykańska w tym roku).

Burial - Untrue

Burial – Untrue (Hyperdub)
Jedna z wciąż rzadkich płyt, przy których wszystko inne wydaje się jakieś stare. Na drugim Burialu te zatopione w echach wokale, ta rozmontowana muzyka taneczna - to wszystko brzmi jak odgłosy XX wieku odlatującego w przeszłość. To mógłby być numer… No tak, ale miało nie być numerków…

Deerhunter

Deerhunter – Cryptograms (Kranky)
Zagadkowa płyta, z którą trudno się oswoić, miks psychodelii, post-rocka, muzyki eksperymentalnej. Nie każdemu się spodoba, ale sam będę do tej płyty wracał.

Dinosaur jr

Dinosaur Jr. – Beyond (Fat Possum)
Nieoczekiwany powrót po latach do najwyższej formy, tak jakby lat 90. w ogóle nie było. Płyta nie do zarżnięcia i gitary nie do pokonania w żadnej kategorii w tym roku.

Grails

Grails - Burning Off Impurities (Temporary Residence)
Mój tegoroczny ersatz Godspeed… z wycieczkami w stronę folku, psychodelii i metalu. Niezła suma wrażeń z całego roku na jednej płycie, a przy tym album, który na początku wydaje się z lekka naiwny, a potem zyskuje z każdym przesłuchaniem.

PJ Harvey

PJ Harvey – White Chalk (Island)
Nie szkoda nawet, że tak krótko, bo więcej nie miałoby sensu. Wszystko na tej płycie jest akurat, a romans gotycko romantycznej PJ z muzyką fortepianową skończył się pięknym dzieckiem.

Iron and Wine

Iron & Wine - The Shepherd’s Dog (Sub Pop)
Re-we-la-cja. Pod względem songwritingu Sam Beam w tym roku nie miał sobie równych. A że pod względem produkcji i opakowania tego wszystkiego w aranże też było nieźle - można słuchać w nieskończoność.

Islaja

Islaja – Ulual Yyy (Fonal)
Finka lepsza niż Islandka. Islaja nagrała trzecią bardzo dobrą płytę z rzędu i moim zdaniem zdystansowała Björk. Pod względem produkcji to rzeczy zupełnie nieporównywalne, ale Islaja ma dla mnie ciągle urok świeżego odkrycia.

Kemialliset

Kemialliset Ystävät - Kemialliset Ystävät (Fonal)
Noise roku. Tyle że to noise w stylu folk, prosto z fińskiego lasu. Polecam. Tylko bez uprzedzeń.

LCD Soundsystem

LCD Soundsystem - Sound of Silver (DFA)
Jednak. Długo, długo słuchałem i w końcu przeważyło to, że “Sound of Silver” to album pod każdym względem lepszy niż debiut projektu. No i miał w tym roku zastosowanie praktyczne na kilku imprezach. Rozsądny wybór.

lindstrom + Prins Thomas

Lindström & Prins Thomas - Reinterpretations (Eskimo)
Rzecz taneczna równie dobra, a może i lepsza niż produkcja Jamesa Murphy’ego oczko wyżej. I chociaż to w dużej mierze recykling poprzednich pomysłów norweskiego duetu producenckiego, można zacząć tutaj. Disco ma przyszłość.

Charles Mingus

Charles Mingus Sextet with Eric Dolphy – Cornell 1964 (Blue Note)
Żona wielkiego basisty i kompozytora powoli, acz konsekwentnie dba o jego pośmiertną reputację. Dla mnie ten rok upływał pod znakiem Mingusa, kupiłem sobie wreszcie kilka jego klasycznych płyt i muszę powiedzieć jedno: koncert w Cornell to jedna z najlepszych rzeczy, jakie nagrał.

Thurston Moore - Trees

Thurston Moore - Trees Outside the Academy (Ecstatic Peace)
Długo się wahałem, ale to jednak płyta godna pozycji w czołówce dzięki kilku kapitalnym utworom (odsyłam o jedno zestawienie niżej). Tęsknota za kolejnym Sonic Youth też nie była bez znaczenia przy tym wyborze (zresztą są w jednym utworze - na płycie z Dylanem kilka oczek dalej).

Om - Pilgrimage

Om - Pilgrimage (Southern Lord)
Trzy świetne kawałki czasem wystarczą do awansu do zestawu rocznego. Przynajmniej jeśli trzy kawałki to wszystko, co można znaleźć na płycie (no, jest jeszcze czwarty, ale to repryza pierwszego). Ten duet bas-perkusja po prostu rządzi, dzięki koledze mam już ich płytę z czasów Sleep, a wśród postanowień noworocznych: nigdy więcej nie bagatelizować metalowców.

Panda Bear

Panda Bear - Person Pitch (Paw Tracks)
Dorzuciłem w ostatniej chwil, bo to koncept brzmieniowy na pograniczu geniuszu, mam tylko zastrzeżenia co do samych kompozycji, no i trochę nierówna ta płyta. Czekam tylko na wspólny album z Burialem, bo obaj są producentami gatunku podwodnych i pasowaliby do siebie.

Pekos

Pekos / Yoro Diallo - Pekos / Yoro Diallo (Yaala Yaala / Drag City)
Pomysł jednego z szefów Drag City, żeby wydać na kompaktach (nielegalnie, bo właścicieli praw nie udało się dotąd znaleźć) nagrania zakupione przez niego w Afryce, nie sprawdził się rynkowo, ale dał kapitalną płytę z transowym malijskim ulicznym popem. Już za okładkę dałbym się pokroić, a muzyka nie gorsza.

Phosphorescent

Phosphorescent - Pride (Dead Oceans)
Przepiękne, uduchowione piosenki, coś jakby folk w wersji gospel. Dla mnie Matthew Houck to jedno z odkryć tego roku, a w tej dziedzinie wyprzedzić Marissę Nadler, Simone White i innych nie było łatwo.

Terry Riley

Terry Riley - Les yeux fermes & Lifespan (Elison Fields)
Jedna z cyklu ważnych reedycji nagrań Rileya, minimalistyczne kompozycje-improwizacje grane głównie na organach, hipnotyzujące, oryginalnie to były soundtracki do filmów, ale bronią się fenomenalnie bez obrazu.

Roll Deep

Roll Deep - Rules and Regulations (Roll Deep)
Hip hop w 2007? Martwa strefa. Co innego grime. Lepsza od Wileya i Dizzee Rascala okazała się ekipa Roll Deep (Wiley jest jej częścią) - ten świetny album ukazał się z datą 2006, ale dopiero wczesną wiosną 2007. O takiej różnorodności pomysłów w hip hopie amerykańskim można tylko pomarzyć.

I’m Not There

Różni wykonawcy - I’m Not There. Original Soundtrack (Columbia)
Todd Haynes wymyślił dziwny film o Dylanie, o którym więcej tu, a przy okazji sformował supergrupę The Million Dollar Bashers (muzycy Sonic Youth, Television, Wilco, basista od Dylana i John Medeski na klawiszach), która pojawia się na ścieżce. Obok niej nieprawdopodobny zestaw postaci, o którym więcej tu. I chyba nie będzie niespodzianką, gdy dodam, że wszyscy grają Dylana.

Skull Disco

Skull Disco (Shackleton/Appleblim) – Soundboy Punishments (Skull Disco)
Nieprawdopodobny, cmentarny wręcz klimat - nawet jak na dubstep Shackleton i Appleblim są w awangardzie, jeśli chodzi o przerażanie muzyką. Przy tym robią to na porażająco wysokim poziomie.

Stars of the Lid

Stars of the Lid - And Their Refinement of the Decline (Kranky)
Inne poczucie czasu ma duet SOTL. Najpierw długo długo nic, a potem taki dwupłytowy album. Ambient w najlepszej postaci, podoba się wszystkim, którzy mają trochę czasu, nawet Luckowi.

White Rainbow

White Rainbow – Prism of Eternal Now (Kranky)
Space rock, ukłony dla Terry’ego Rileya , trochę ambientu i jeszcze więcej. Trzecia płyta z Kranky w tym zestawieniu, ale dla mnie najważniejsza.

The White Stripes - Icky Thump

The White Stripes - Icky Thump (XL)
Meg i Jack w stylu pirackim, irlandzkim, prog-rockowym i jeszcze na parę innych sposobów. Dla mnie bardzo ważne, że się zmieniają, kombinują. Singiel był wprawdzie lipny, żadnej pojedynczej wielkiej piosenki ten album nie “wyprodukował”, ale jako całość jest świetny.
comicopera 2

Robert Wyatt – Comicopera (Domino)
Mówili, że ściągnięcie Wyatta do Domino da dobre rezultaty. I słusznie. Tyle że Wyatt w każdej wytwórni sobie radzi, więc chodzi chyba bardiej o podreperowanie reputacji niezależnej firmy, która ostatnio cierpi na nadmiar pieniędzy i brak artyzmu. Jeden utwór na tej płycie jest lepszy niż cała dyskografia Arctic Monkeys, mimo że Wyatt ma prawie tyle lat, ile wszyscy członkowie AM razem wzięci.

Neil Young - Live at Massey Hall

Neil Young – Live at Massey Hall 1971 (Reprise)
Przestałem wierzyć, że kiedyś trafię na taki koncert. Na szczęście można sobie parę takich koncertowych nagrań kupić na płytach - ta płyta funkcjonowała przez dziesiątki lat jako bootleg, teraz po raz pierwszy oficjalnie. Najlepszy okres Younga, notabene rówieśnika Wyatta. Artysta wychodzi tutaj, by w pojedynkę zabawić kanadyjską publiczność. Klasyka!

PS. Sprzątanie will be continued w części 3. za kilka dni. Tam uwagi natury ogólnej i luźne spostrzeżenia. Na razie wyczerpałem swój limit znaków i nadgarstek boli, no i trzeba jeszcze jakoś zacząć Nowy Rok z dala od komputera. Wam też życzę łagodnego i miłego wejścia w zasięg podsumowań AD 2008.