![]()
ROBERT WYATT
“Comicopera”
Domino 2007
>>>>5<
Jako wielki sympatyk Soft Machine traktowałem Roberta Wyatta jako kogoś, kto wyprowadza mnie (wprawdzie zaocznie, ale zawsze…) na szersze wody zainteresowań muzycznych – imponujący był krąg jego znajomych, ludzi, którzy go zapraszali na sesje nagraniowe i traktowali go jako guru. A ponieważ Wyatt wychodził ze specyficznego angielskiego prog-rockowego środowiska sceny Canterbury i nie mniej dziwacznego brytyjskiego świata jazz-rocka, niepostrzeżenie rozwijał moje zainteresowania, gdy mając lat 20 uznawałem mój świat muzycznych inspiracji za ostatecznie zamknięty (he, he).
Świat Wyatta też był dość zamknięty – dopóki nie wypadł z trzeciego piętra angielskiej kamienicy, ze środka imprezy z udziałem kolegów z okolic szalonego Daevida Allena. Do tej pory był ambitnym jazzowych perkusistą. Potem stał się twórcą stylu, którego opisać nie sposób, perfekcyjnie wykorzystującym swój głos (olbrzymia skala i wyjątkowa barwa kwitowana przy pierwszym zetknięciu zwykle krótko i niesłusznie: “Fałsz!”) i przede wszystkim komponującym. Album “Rock Bottom” to ciągle jedna z najlepszych, a zarazem najmniej znanych wielkich płyt lat 70. Całe lata 80. Wyatta to z kolei przykład zaangażowania politycznego i społecznego, a lata 90. to powrót do wielkiej formy z albumami “Shleep”, “Cuckooland” i właśnie “Comicopera”.
Skoro piszę “wielkiego”, wiadomo już, że chcę płytę pochwalić. Podoba mi się pod każdym względem – od klimatu i tekstów, po pomysł podziału albumu na trzy części – piosenki osobiste, zaangażowane społecznie i otwarcie polityczne songi z “Hasta siempre Comandante” w finale. Każda z części ma zresztą małą kulminację w postaci mocnego pojedynczego nagrania. Akt pierwszy ma “Just As You Are”, jedną z najlepszych piosenek, jakie słyszałem w tym roku, a już na pewno najlepszy song miłosny (przypomina on o obecności Alfredy Benge, żony Wyatta, jako współautorki albumu – patrz wywiad z Wyattem tutaj). Akt drugi – napisaną z Brianem Eno piosenkę “A Beautiful War”. Poza Eno mamy tu Paula Wellera, Phila Manzanerę i innych świetnych gości, a poza tymi trzema piosenkami – całą kawalkadę nagrań nie gorszych niż na poprzedniej autorskiej płycie Wyatta, “Cuckooland”. Wytwórnia Domino, która po raz pierwszy wydaje jego album, na pewno nic tu nie zepsuła, a może nawet pomogła. Bo jeśli po Wyatta sięgną fani Artcic Monkeys czy Franza Ferdinanda, to może teraz w ich muzycznych światach coś się otworzy?
Wyatt nie ma pretensji do losu za swój obecny stan, za życie na wózku inwalidzkim i zmianę muzycznego kursu. Co więcej, my też nie powinniśmy brać tego za jakieś straszne zrządzenie losu. Rzecz ukształtowała go w dużej mierze jako twórcę. Nie powinno się jego płyt kupować z litości, nawet nie z zainteresowania. Powinno się je kupować z podziwu.

0 odpowiedzi jak dotąd ↓
Nie ma jeszcze komentarzy... Zacznij porywającą dyskusję, wypełniając formularz poniżej.